Podział punktów w portugalskim starciu Śląska z Lechią. Wrocławianie znów "na zero z tyłu"

Miało być efektownie niczym na portugalskich boiskach. Po murawie wrocławskiego stadionu biegało w końcu łącznie aż pięciu graczy pochodzących z kraju aktualnych mistrzów Europy. Niestety dla kibiców mecz Śląska z Lechią zakończył się bezbramkowym remisem i podziałem punków.

Trener wrocławian Mariusz Rumak postanowił specjalnie nie kombinować i na spotkanie z Lechią wystawił niemal identyczną jedenastkę, jak przed tygodniem podczas pojedynku z Pogonią Szczecin. W kadrze Śląska tym razem zabrakło tylko Lashy Dvalego. Jego miejsce w środku defensywny, obok kapitana WKS-u Piotr Celebana, zajął przesunięty z pomocy Adam Kokoszka. Z kolei miejsce w drugiej linii zajął sprowadzony niedawno Ostoja Stjepanović.

Szkoleniowiec gości Piotr Nowak postawił na ofensywę. W wyjściowym składzie Lechii w ataku wybiegli doskonale znani we Wrocławiu bracia Paixao i Grzegorz Kuświk. Na ławce rezerwowych usiadł natomiast wieloletni kapitan Śląska, dziś lider szatni gdańszczan Sebastian Mila.

Pierwsze minuty spotkania zwiastowały wielkie piłkarskie święto we Wrocławiu. Już po 20 sekundach gry napastnik Śląska Bence Mervo miał na koncie dwa uderzenia: jedno celne i jedno oddane minimalnie obok bramki gdańszczan. Minutę później starał się odpowiedzieć strzałem z dystansu Marco Paixao, ale w tej sytuacji dobrze bronił bramkarz Śląska Mariusz Pawełek.

Później mecz zrobił się nieco senny. Lepsze wrażenie w pierwszej połowie pozostawili po sobie gdańszczanie, choć to wrocławianie minimalnie dłużej utrzymywali się przy piłce (51%-49%). Zawodnicy Lechii ciekawie rozgrywali piłkę, sprawiali wrocławianom sporo problemów grą skrzydłami, ale mieli problem z wykańczaniem akcji. Z kolei podopieczni Mariusza Rumaka najgroźniejsi byli ze stałych fragmentów gry - do czego zresztą zdążyli już w ostatnich tygodniach przyzwyczaić.

Chwilę przed końcem pierwszej części spotkania Marco Paixao miał doskonałą okazję na bramkę, ale w niewiarygodny sposób nogami strzał Portugalczyka zablokował Pawełek.

W drugiej połowie zdecydowanie lepiej spisywała się już wrocławska drużyna. Śląsk w końcu częściej atakował skrzydłami i starał się wrzucać piłkę w pole karne gdańszczan, wiedząc, że nierówną formę prezentuje ostatnio golkiper Lechii Vanja Milinković-Savić. I właśnie jedna z niepewnych interwencji Serba mogła zakończyć się bramką dla Śląska. Milinković-Savić nie zdołał za pierwszym razem złapać mocno bitej piłki przez Alvarinho. Wybronił ją za drugim podejście niemal z linii bramkowej, chwilę przed nadbiegającym na pełnej szybkości Mervo.

Pod koniec obie drużyny prezentował się dużo bardziej statycznie i ostatecznie podzieliły się punktami. Dla wrocławian jest to już czwarty z kolei mecz bez straty gola.

Więcej o: