Ludwik Miętta-Mikołajewicz: Gdyby nie Tele-Fonika, Wisła dziś grałaby może w IV lidze [ROZMOWA]

- Kiedy jechałem do Myślenic na pierwsze spotkanie z Cupiałem, w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że tak to się skończy - wspomina Ludwik Miętta-Mikołajewicz, były prezes Wisły Kraków.

Jarosław K. Kowal: Pamięta pan pierwszą rozmowę z Bogusławem Cupiałem?

Ludwik Miętta-Mikołajewicz: Oczywiście. To był sierpień 1997 roku. Od jednego z działaczy z Myślenic dostałem sygnał, że jest pewna firma, która mogłaby pomóc uratować Wisłę. Sekcja piłkarska była wtedy spółką z ograniczoną odpowiedzialnością zgłoszoną przez firmę Realbud. Z Piotrem Skrobowskim [opiekunem sekcji - przyp. red.] pojechaliśmy do Myślenic, by spotkać się z trójką ówczesnych właścicieli Tele-Foniki. Najbardziej otwarty na nawiązanie współpracy był Bogusław Cupiał, wspierał go Staszek Ziętek. Z największą rezerwą do tego pomysłu podszedł Zbigniew Urban, ale potem też się bardzo zaangażował. Później było jeszcze kilka rozmów, brał w nich udział m.in. ówczesny trener Wojciech Łazarek. Aż w końcu zarząd wydał zgodę: Tele-Fonika odkupiła spółkę, która w styczniu 1998 roku została przekształcona w sportową spółkę akcyjną. Można powiedzieć, że to było wejście smoka.

Mimo wszystko nowych właścicieli w klubie podobno przyjęto niepewnie?

- To prawda, bo to była trudna decyzja. Przecież pozbywaliśmy się ze struktur jednej z najbardziej zasłużonych sekcji, od której w zasadzie wszystko się zaczęło. Nie powiem, że ze strony zarządu i rady seniorów był opór, ale - faktycznie - niektórzy podchodzili do tego z dużą rezerwą. Później okazało się, że to była jedyna słuszna decyzja. Gdyby w 1997 roku Tele-Fonika nie weszła do Wisły, dziś ta drużyna może grałaby w czwartej lidze.

Wcześniej była obawa, że klub przestanie istnieć?

- Takiego zagrożenia nie było. Wisła już wcześniej kilka razy była w trudnej sytuacji. Np. tuż po przemianach ustrojowych, kiedy policja zrezygnowała z finansowania obiektów i drużyny. Wtedy uratowała nas sprzedaż Kazimierza Moskala do Lecha Poznań. Dzięki pieniądzom z transferu mogliśmy funkcjonować przez dwa lata. Była też era Piotra Voigta [właściciel Wisły w latach 1991-1994], ale skończyła się nie najlepiej.

W 1997 roku spółka była zadłużona, a słaba drużyna znalazła się na granicy spadku do drugiej ligi. Brakowało pieniędzy na opłacenie kontraktów piłkarzy, ale jakoś sobie radziliśmy. Kiedy jechałem do Myślenic na pierwsze spotkanie z Cupiałem, w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że tak to się skończy. Wojtek Łazarek mi wtedy mówił: "wiesz, oni są w stanie zainwestować nawet 300 tys. zł". Dla nas to były wtedy duże pieniądze, ale okazało się, że skala tej inwestycji była zdecydowanie większa. Decyzja o przekazaniu Wisły Tele-Fonice nie tylko ją uratowała, ale sprawiła, że zespół przeszedł do historii.

Z dnia na dzień znaleźliście się w nowej rzeczywistości. Klub, w którym piszczała bieda, nagle stał się krezusem.

- Rozmiary tego wszystkiego w pewnym momencie nas zaskoczyły. Rozpoczęła się silna ofensywa transferowa. Panowie ściągnęli z zagranicy byłych piłkarzy: Krzysztofa Bukalskiego, Ryszarda Czerwca, Kazimierza Węgrzyna, Radosława Kałużnego. Stworzono bardzo silną Wisłę. Jedynym problemem był rozkopany stadion, ale wspólnymi siłami miasta i spółki go zmodernizowano.

Kolejna nowość: pojawiły się ogromne oczekiwania. Drużyna od razu miała grać o mistrzostwo Polski.

- To był szok, ale pozytywny. Nie przestraszyliśmy się tego. Byłem nawet mile zaskoczony, że nowa spółka od razu chce stworzyć potęgę. I stworzyła.

Jak pan zapamiętał współpracę z Cupiałem?

- Muszę, i proszę to wyraźnie podkreślić, skierować wielkie słowa podziękowania do pana Cupiała, ale też do panów Ziętka i Urbana. Były gorsze chwile, relacje Towarzystwa Sportowego z nową spółką nie zawsze były idealne, bo pojawiały się m.in. rozbieżności w sprawie terenów należących do TS. Ale to, co zrobił Cupiał, można ocenić tylko pozytywnie. Oczywiście czasami decyzje podejmował zbyt pochopnie, pod wpływem emocji. Gdyby w niektórych sytuacjach wytrzymał nerwowo, to efekty mogły być jeszcze lepsze. I chodzi mi głównie o zwalnianie trenerów.

Przykład?

- Na stulecie klubu sprowadziliśmy do Krakowa Sevillę. W przeddzień meczu byłem zmuszony do rozwiązania kontraktu z rumuńskim trenerem Danem Petrescu. Trudno mi to było zrozumieć, moment też był bardzo nieszczęśliwy. Ale taka była decyzja i trzeba było wykonać polecenie. Proszę mi wierzyć, że bardzo przeżyłem tamtą rozmowę.

A trener Petrescu?

- Też. Przyjął tę decyzję ze zdziwieniem.

Bogusław Cupiał pogodził się z tym, że Wisła nie awansowała do Ligi Mistrzów?

- To na pewno jego niespełnione marzenie. Cupiał jest tak ambitny, że użyje wszystkich możliwych środków do osiągnięcia celu. Ale, i to też proszę zaznaczyć, to zawsze są środki dozwolone przez prawo. Podpisując umowę w 1997 roku, zastrzegł, że wszystko musi być "na czysto". Podkreślał, że umowy spod stołu nie wchodzą w grę, że nieetycznych kontaktów z sędziami też być nie może.

Liga Mistrzów od początku była celem nadrzędnym. Ale Wisła miała też pecha. W eliminacjach trafialiśmy na Real czy Barcelonę, a to były drużyny nie do przejścia. Wszyscy pamiętają też nieszczęsne trzy minuty na Cyprze, których zabrakło do awansu [Wisła straciła decydującego gola w 87. min]. Albo mecz z Panathinaikosem Ateny, gdzie sędzia nas skrzywdził. Ale odpadaliśmy też z drużynami niższych lotów, wystarczy przypomnieć Levadię Tallinn czy Dynamo Tbilisi. Wtedy Cupiał miał duże pretensje do trenerów i drużyny.

Po takich meczach lepiej było do niego nie podchodzić?

- Podejść zawsze można, ale widać było, że jest rozżalony, sfrustrowany. Cóż, trzeba mieć nadzieję, że nowi właściciele sprawią, by Wisła znów była Wisłą.

Więcej o: