Bartosz Kapustka jest z siebie dumny. Transfer? "Gdybym powiedział, byłbym na straconej pozycji"

- Piłkarzy, z którymi grałem, do niedawna oglądałem w telewizji. Tylko moje życie prywatne po Euro ucierpiało - mówi Bartosz Kapustka, piłkarz Cracovii i reprezentacji Polski.

Jarosław K. Kowal: Co robił pan w niedzielę po godz. 21?

Bartosz Kapustka: Jak chyba każdy kibic, oglądałem mecz.

Ile razy przeszło panu przez głowę: "mogłem tam być"?

- Na pewno kilka. Każdy z nas jest zadowolony z tego, ile osiągnęliśmy, ale mamy też ambicje. A była realna szansa, by znaleźć się tam, gdzie Portugalia i Francja. Czyli został lekki niedosyt, ale i tak się cieszymy.

Odczuwał pan we Francji euromanię i kapustkomanię czy dopiero po powrocie?

- Tam w ogóle nie dało się tego odczuć. Robiliśmy wszystko według planu, mieliśmy zagospodarowaną każdą godzinę. I chyba niewielu z nas wiedziało, co dzieje się w Polsce. Tu chyba wszyscy żyli tym trochę bardziej.

Więc wrócił pan do Polski i...

- I tu już było inaczej. Rzeczywiście, się pozmieniało (śmiech). Życie prywatne trochę ucierpiało, bo po mistrzostwach ludzie mają chyba mniej skrupułów, by podchodzić i prosić o zdjęcie czy autograf. Dało się to odczuć także wtedy, gdy chciałem odpocząć, wyjechać za Kraków. Już we Francji miałem m.in. sygnały, że ludzie z mojej miejscowości, Podgórskiej Woli, spotykają się, by wspólnie oglądać mecze. To, co się wokół mnie dzieje, bywa czasem uciążliwe, ale jest miłe. Przecież każdy chce grać jak najlepiej właśnie po to, by ludzie to dostrzegali.

Pańska dziewczyna nie narzeka na brak prywatności?

- I ja, i ona chcielibyśmy prowadzić normalne życie. W moim przypadku - chodzi o grę w piłkę, bycie normalnym chłopakiem. Ale nie da się ominąć tego szumu. Trudno.

Może pan podziękować Michałowi Pazdanowi. Po pierwszym meczu wszyscy mówili o Kapustce, ale potem on zajął pana miejsce.

- To, co się działo wokół mnie, później i tak by się uspokoiło. Ale to prawda, Michał we Francji zrobił furorę. Niewielu przed turniejem w niego wierzyło, a teraz każdy się nim zachwyca. Więc warto czasem dać kredyt zaufania, zamiast z góry krytykować. To cenna nauczka.

Obserwuj @JaroslawKowal

Odpoczął pan już?

- Trochę ochłonąłem. Może nie dostałem zbyt dużo wolnego, ale jestem przyzwyczajony. Nie pamiętam sezonu, po którym miałbym dłuższy urlop. Kiedy tylko rozgrywki się kończyły, zazwyczaj wyjeżdżałem na zgrupowania kadr młodzieżowych i czasami po paru dniach przerwy wracałem do klubu.

Więc po ochłonięciu jest pan z siebie zadowolony?

- Tak. Jechałem do Francji z myślą, by w ogóle dostać jakąkolwiek szansę. Już parę minut gry to byłoby coś wielkiego. Ze względu na uraz Kamila Grosickiego zagrałem już w pierwszym meczu i w jakiś sposób to wykorzystałem. Mogę być z siebie dumny. Później trzeba było dołożyć coś więcej, ale mimo wszystko jestem zadowolony.

Wyobrażenia o mistrzostwach pokryły się z tym, co pan zobaczył?

- Wiele osób powtarza, że w Polsce przed czterema lata bardziej dało się poczuć Euro. Trudno mi to ocenić, bo teraz patrzyłem na wszystko od środka. Dla mnie to było duże przeżycie. Niedawno wielu zawodników oglądałem tylko w telewizji i nie zdawałem sobie sprawy, że kiedyś z nimi zagram.

Co pan w szczególności zapamięta?

- Może to niezbyt optymistyczne, ale na gorąco do głowy przychodzą mi łzy po przegranym ćwierćfinale. Każdy mocno to przeżył.

Co dalej z panem?

- Nic jeszcze nie jest przesądzone i pewnie rozstrzygnie się w najbliższych dniach. Nie wszystko zależy ode mnie. Wymarzony klub? Gdybym odpowiedział, to byłbym na straconej pozycji, jeśli chodzi o transfer do niego. Rozmowy trwają, to mogę potwierdzić.

Jest szansa, że pan zostanie?

- Tak też się może okazać. Wariantów jest wiele.

Oglądał pan z trybun porażkę Cracovii ze Skendiją Tetowo.

- Nie było łatwo na to patrzyć. Każdy, kto gra w piłkę i ogląda swoją drużynę, chce pomóc. Szkoda, że nie udało się awansować, bo nie byliśmy słabsi. Oczywiście z wynikami nie ma co dyskutować, awans należał się rywalom.

Zobacz wideo
Więcej o: