Zmierzch legendy? Lublinianka ma blisko 100 lat i wielkie kłopoty

Krótka piłka. Felieton Wiesława Pawłata

Nad najstarszym, bo 95-letnim, i jednym z najbardziej utytułowanych klubów Lublina zbierają się ciemne chmury. Mam tu na myśli Lubliniankę, której piłkarze nie zdołali się utrzymać na trzecim froncie, a w IV lidze zespół z Wieniawy także nie zagra. Być może wystąpi w klasie okręgowej. Nie jest tajemnicą, że w ostatnich latach w Lubliniance się nie przelewało, ale jakoś sobie radziła. Degradacja jest poniekąd pokłosiem reorganizacji rozgrywek, co sprawiło, że w tej klasie utrzymywało się tylko osiem drużyn, a ponieważ Motor nie zdołał awansować prawo do gry na tym poziomie, zachowało tylko siedem zespołów. Ekipa trenera Marka Sadowskiego była dziewiąta. Wydawało się więc, że są duże nadzieje, aby po rocznej przerwie awansować ponownie.

Wrócę jeszcze do historii, bo klub z Wieniawy jest mi niezwykle bliski, gdyż tam właśnie stawiałem pierwsze kroki na swojej sportowej drodze. Wprawdzie Lublinianka w piłkarskiej ekstraklasie nigdy nie grała, ale był to klub wielosekcyjny i na najwyższym poziomie rozgrywek występowali koszykarze z olimpijczykami Andrzejem Kasprzakiem i Waldemarem Kozakiem na czele, ciężarowcy, byli tam znakomici pływacy, jak medaliści mistrzostw świata i Europy Dagmara Komorowicz oraz Mariusz Siembida, bokserzy, strzelcy, siatkarze czy tenisiści stołowi. Naturalnie największą estymą cieszyła się piłka nożna. Przez wiele sezonów Lublinianka grała w II lidze. Szczyt popularności przypadł na początek lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to futboliści tego klubu pod wodzą samego Kazimierza Górskiego awansowali na zaplecze I ligi (dzisiejszej ekstraklasy). Mecze oglądało po 20 tys. ludzi, a wszystkie okoliczne drzewa i dachy też były obsadzone przez kibiców. Idolami młodzieży byli tacy gracze jak Edward Pietrasiński, Czesław Ciupa, Marian Nowara, Marian Kostaniak czy Jacek Rudak. Poza tym był to klub wojskowy - prężny i świetnie zarządzany przez płk. Józefa Wiśniewskiego, który czuł sport jak mało kto, a przy okazji był znakomitym spikerem i żadna dyscyplina nie była mu obca. Z czasem to się wszystko zmieniło, wojsko odeszło z Wieniawy, klub stał się cywilny, ale do lat świetności już nigdy nie wrócił. Takim światełkiem w tunelu byli piłkarze, którzy starali się jak mogli, bo praktycznie tylko oni ze starych struktur pozostali. Okazuje się, że i oni mogą wkrótce popaść w sportowy niebyt. Wierzę jednak, że jeszcze nie wszystko stracone, i znajdzie się ktoś, kto klubowi pomoże, szczególnie pod względem finansowym, bo w tej klasie rozgrywek na miejskie dotacje trudno liczyć. Niemniej jednak w tej sytuacji bardzo na czasie wydaje się jeden z przebojów lubelskiej Budki Suflera pt. "Ratujmy co się da", choć kontekst tego utworu jest nieco inny, ale tytuł pasuje jak ulał.

DYSKUTUJ Z NAMI O LUBELSKIM SPORCIE NA FACEBOOKU