Piłkarze w akademiku, maczety przed stadionem i mecz benefis. Czyli jak reprezentacja w Krakowie grała

Dziś to oczywiste: przyjeżdża reprezentacja Polski, więc w poniedziałek stadion Wisły będzie pękał w szwach. A niespełna 20 lat temu spotkanie kadry w Krakowie przyciągnęło 3664 osoby

To był przygnębiający mecz. Pod każdym względem. Na spotkania rosnącej w siłę Wisły przychodziło regularnie po 10 tys. ludzi, ale wokół reprezentacji i Polskiego Związku Piłki Nożnej unosił się wtedy smród konfliktów. Dla sprawiedliwości: 3664 kibiców kupiło bilet, oprócz tego było jeszcze ok. 400 osób w sektorze dla VIP-ów. To był 1998 rok, mecz z Izraelem.

Autobus i maczety

- Nie do końca pamiętam, co działo się na trybunach, bo byłem przejęty - opowiada Maciej Murawski, który wtedy zadebiutował w reprezentacji. - Cóż, atmosfera na pewno nie była ekscytująca. Dla mnie to było przeżycie, choć wyglądało na sparing. Byłem trochę rozczarowany liczbą kibiców.

Na trybunach nie działo się dobrze, awantura wisiała w powietrzu. Ludzie z Cracovii zajęli miejsca, gdzie zazwyczaj siedzą fani Wisły. Zrobiło się gorąco. - To był skrajny przejaw chamstwa kibiców Cracovii - gorączkował się Ludwik Miętta-Mikołajewicz, wówczas prezes Wisły.

Sygnały, że nie będzie bezpiecznie, pojawiły się przed meczem i się sprawdziły - przy Cichym Kąciku i na ul. Chodowieckiego można było spotkać kiboli z maczetami, ktoś został ranny, interweniowała policja.

Dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem nie było pewności, czy mecz dojdzie do skutku. I wcale nie chodziło o zamieszki. W książce "Wisła Kraków. Sen o potędze" można przeczytać historię, jak PZPN próbował ciąć koszty. Zapadła decyzja, że obie reprezentacje na stadion przywiezie ten sam autobus. Kłopot w tym, że wyjazd drużyny Janusza Wójcika się opóźnił i dla rywali trzeba było szukać drugiego autokaru.

Naprędce udało się znaleźć kierowcę, ale Izraelczycy nie chcieli wsiąść. - Chodzi o względy bezpieczeństwa, nie zdążymy go przeszukać - zawyrokowali, ale w końcu udało się ich przekonać.

Dla naszej kadry tylko wynik był pozytywny (2:0), ale nic poza tym. Prawie nikomu z obecnych nie przyszło do głowy, by dopingować reprezentację. Zamiast tego trybuny domagały się wejścia na boisko Tomasza Kulawika, wokół którego narobił się bałagan. 29-letniego wówczas pomocnika początkowo nie było w składzie. Trener wysłał mu dodatkowe powołanie tylko dlatego, by... zrobić ukłon w kierunku klubu, na którego stadionie rozgrywany był mecz.

- Nie słyszałem okrzyków kibiców - zapewnia dziś Kulawik. Wszedł w drugiej połowie. Był to jego drugi i ostatni występ w kadrze.

Akademik i rekordy

- Dziś wszystko robi się z pompą, wokół polskiej kadry rośnie balonik. Ale wtedy było skromnie, prosto - opowiada Stanisław Oślizło, legenda Górnika Zabrze. Wspomina, że przed meczem z NRD w 1970 roku na stadionie Wisły reprezentanci spali w... akademiku. Bo po co wynajmować hotel, skoro studenci rozjechali się na wakacje i pokoje stoją wolne? Przyszło ponad 25 tys. ludzi, ale zwycięstwa nie było. Prowadziliśmy po golu Kazimierza Deyny, ale za dwie minuty znów był remis.

W Krakowie rzadko graliśmy o coś. W sumie odbyło się tu 20 oficjalnych meczów reprezentacji Polski, w tym aż 17 towarzyskich. Mimo to rola miasta w historii kadry jest ogromna - bo tu wszystko się zaczęło. Pierwsze międzypaństwowe spotkanie, którego byliśmy gospodarzami, zostało rozegrane na stadionie Cracovii, a prawie cała kadra była stąd. W jedenastce na Węgry (porażka 0:3) znalazło się pięciu piłkarzy Cracovii, dwóch Wisły i dwóch Jutrzenki Kraków.

Przed wojną nie wygraliśmy pod Wawelem ani razu. Dopiero potem było lepiej. Kiedy już graliśmy o stawkę, działo się dużo. Np. w 1969 roku Włodzimierz Lubański strzelił w Krakowie pięć goli Luksemburgowi w eliminacjach mistrzostw świata. I tego wyczynu do dziś w polskiej kadrze nikt już nie poprawił. To w ogóle było przełomowe spotkanie. Nie dość, że wynik imponujący (8:1), to w dodatku w życie wchodziły rewolucyjne przepisy. Od tamtej pory można było dokonywać zmian. Wcześniej jedenastka, która zaczęła, musiała mecz dokończyć.

Dwa kolejne eliminacyjne mecze na stadionie Wisły też wygraliśmy: 5:1 z Turcją (trzy gole Lubańskiego!) i 2:0 z Islandią (na boisku byli m.in. Zbigniew Boniek i Adam Nawałka).

Zobacz wideo

Nowa Huta i centrostrzał

- Wie pan, co wtedy było najpiękniejsze? - zagaduje Andrzej Iwan, były piłkarz Wisły, kiedy pytamy o wspomnienia z 1980 roku. - Że kibice Wisły i Cracovii siedzieli wtedy niedaleko siebie i, do cholery, nikomu nic się nie działo!

Mowa o pierwszym, ale nie ostatnim meczu reprezentacji Polski rozegranym na stadionie Hutnika. Iwan mówi, że mu się łezka w oku kręci, kiedy wspomina tamtą kadrę. Algierii strzelił dwa gole, na Suchych Stawach wygraliśmy 5:1. - Rywal nie był bardzo atrakcyjny, więc uznano chyba, że stadion Wisły by się nie zapełnił. I wybrano Hutę, kibiców przyszło sporo - wspomina Iwan.

Do Nowej Huty kadra wróciła jeszcze w 1994 roku. Zagrała tu mecz przyjaźni z Węgrami. - Strzeliłem wtedy pół gola. To znaczy jedni napisali, że ja byłem strzelcem, a inni zapisali go jako samobój. To był taki centrostrzał, ale piłka wpadła za kołnierz bramkarza - śmieje się Marcin Jałocha, wychowanek Wisły.

To jeszcze nie były czasy, kiedy za kadrą jeździło się po całej Polsce. Mecz przyciągnął 10 tys. kibiców i można odnieść wrażenie, że wszyscy są mieszkańcami Krakowa. Jedna trybuna była wypełniona ludźmi wystrojonymi w szaliki z napisem "Wisła", z innego miejsca niosły się okrzyki "Cracovia! Cracovia!", a jeszcze gdzie indziej siedzieli fani Hutnika. Wygraliśmy 2:1.

Alkomaty i kontenery

Tymczasem gorzkie echa meczu z Izraelem ciągnęły się za Krakowem latami. PZPN wolał dmuchać na zimne i omijał miasto szerokim łukiem. Dopiero w 2007 roku padł pomysł, by na Wiśle zagrać z Azerbejdżanem. Ruszyły przygotowania, ale na ostatniej prostej zapadła decyzja: mecz przenosimy do Warszawy. Oficjalny powód? Obawy, że w Krakowie będą zadymy. Nieoficjalnie mówiło się też, że organizatorzy po prostu nie byli gotowi do goszczenia kadry.

Rok później krakowscy kibice w końcu wybłagali mecz we władzach PZPN. Słali prośby, aż prezes Michał Listkiewicz uległ i zarządził, że przy Reymonta Polska zagra towarzysko ze Stanami Zjednoczonymi. Wtedy nawet w magistracie dało się wyczuć napiętą atmosferę, bo Kraków liczył się w walce o prawo do organizacji Euro 2012. Zaczęło się od poważnego sygnału ostrzegawczego: kilka dni przed spotkaniem reprezentacji Wisła zagrała u siebie z Odrą Wodzisław, a na murawie wylądował nóż. Gdyby na meczu kadry wydarzyłoby się coś podobnego... Dlatego uznano, że to będzie mecz podwyższonego ryzyka. Na stadion weszło dwa razy więcej ochroniarzy niż zazwyczaj, była też nadzwyczajna mobilizacja policji. Kibiców sprawdzano alkomatami, przy wejściu stanęły wykrywacze metalu, a prezes Wisły apelował o rozsądek.

Potem pewnie spadł mu kamień z serca, bo czarny scenariusz się nie sprawdził. Zarekwirowano cztery scyzoryki, kilka szalików klubowych i... pilnik ślusarski. Ale było spokojnie i kulturalnie. Co prawda błotniste boisko nie przypominało profesjonalnej murawy, ale przynajmniej trybuny nie świeciły pustkami. Tyle że USA strzeliło trzy gole i Polska przegrała w Krakowie po raz pierwszy od II wojny światowej.

Obserwuj @JaroslawKowal

Następne mecze reprezentacji Polski w Krakowie też były... specyficzne. We wrześniu 2010 roku piłkarze reprezentacji Polski przebierali się w kontenerach ustawionych pod stadionem, bo jedyną wykończoną szatnię gościnnie oddali rywalom - Australijczykom.

Był to pierwszy mecz na stadionie Wisły po ponadrocznej przerwie, bo wcześniej trwał remont. I do końca nie było pewności, czy uda się przygotować obiekt. Tydzień przed spotkaniem wstrzymano nawet sprzedaż biletów, a prezydent Jacek Majchrowski musiał przekonywać Grzegorza Latę, prezesa PZPN, że miasto ze wszystkim zdąży.

Udało się, choć przyjezdni i tak ze zdziwieniem pytali, jakim cudem Kraków dostał ten mecz? Nie było telebimów pokazujących wynik, dziennikarze trzymali laptopy na kolanach. Otwarte były dwie trybuny, ale za to całe się wypełniły - 18 tys. kibiców czekało na pierwsze zwycięstwo reprezentacji od pół roku. Przegraliśmy 1:2.

Festyn i szpaler

Po raz ostatni kadra zagrała w Krakowie trzy lata temu. To był mecz benefis. Na stadionie Cracovii pokonaliśmy Liechtenstein. Gwiazdą wieczoru był Jerzy Dudek, który teoretycznie karierę miał już za sobą, ale po raz ostatni dostał powołanie. Chodziło o to, by zaliczył 60. występ w kadrze i dzięki temu trafił do tzw. klubu wybitnego reprezentanta.

Stadionu nie udało się zapełnić i bardziej czuć było atmosferę festynu niż meczu. Kiedy tylko piłka spadała pod nogę Dudka, kibice bili brawo. W 34. minucie bramkarz zszedł z boiska, a koledzy utworzyli szpaler.

W poniedziałek uprzejmości ma nie być. Mecz z Litwą to ostatni sprawdzian przed Euro 2016.

Lista meczów reprezentacji Polski w Krakowie