Robert Kasperczyk wzmocnień Cracovii szuka nie tylko w internecie. "Czasem w 20 minut można się sparzyć na piłkarzu" [WYWIAD]

- W życiu trenera przychodzi taki moment, kiedy warto zrobić przerwę. Dziś jeżdżę do Słowacji, Węgier albo Czech, by Cracovia za kilka miesięcy była mocniejsza - mówi Robert Kasperczyk, szef skautingu Cracovii.

Facebook?  | A może Twitter? 

Jarosław K. Kowal: Jak było w Trenczynie w ostatni weekend?

Robert Kasperczyk: (śmiech) Zobaczyłem bardzo dobry mecz. Fascynujące jest to, że drużyna, która najprawdopodobniej zdobędzie mistrzostwo Słowacji, rozgrywa mecze na sztucznej nawierzchni. Nie pojechałem tam obserwować zawodników FK AS Trenczyn. Patrzeć na grę niektórych z nich to przyjemność, ale ściągnąć ich do Polski byłoby trudno. Dlatego skupiłem się na piłkarzach gości, czyli Spartaka Myjava. Jest tam kilku godnych uwagi.

Więc żaden polski klub nie byłyby w stanie ściągnąć piłkarza z pierwszej drużyny ligi słowackiej?

- Rozbieżności w cenach są bardzo duże. Na przykład Gino van Kessel jest wyceniany na 900 tys. euro, ale są też piłkarze warci 150-200 tys. Jednak jeśli drużyna chce z powodzeniem bić się w europejskich pucharach, to wyciągnięcie stamtąd klasowego piłkarza może graniczyć z cudem. Dlatego skupiłem się na rywalach.

Ile razy musi pan zobaczyć piłkarza na żywo, by powiedzieć: "Chcemy go w Cracovii"?

- Minimum dwa, choć czasami to ciągle za mało. Najlepiej, gdyby można było zobaczyć danego zawodnika w meczu u siebie, a potem na wyjeździe. Wtedy można porównać, jak sobie radzi, kiedy jego drużyna buduje ataki, a jak, kiedy trzeba skupić się raczej na defensywie. Szczegółów nie zdradzę, ale właśnie w tym tygodniu jadę oglądać zawodnika z ligi węgierskiej.

Staram się trzymać zasady, by na początku jak najmniej wiedzieć o drużynie piłkarza, którego jadę obserwować, i samemu sobie poukładać klocki. Dopiero potem, kiedy już wynotuję wszystko na jego temat, wchodzę w internet i szukam informacji.

Jak dużo pan podróżuje?

- Dwa mecze w trakcie weekendu to minimum, a ostatnio udało mi się zobaczyć trzy. Na meczu Rozwój Katowice - Zawisza Bydgoszcz oglądaliśmy dwóch zawodników, potem zahaczyłem o Wrocław, gdzie Cracovia grała ze Śląskiem, a następnie był Trenczyn. Czasami trzeba przejechać kilkaset kilometrów tylko po to, by powiedzieć "nie".

W jakim kraju najłatwiej znaleźć niezłego piłkarza za okazyjną cenę?

- Nie ma reguły. W bogatej lidze może trafić się rodzynek, którego da się ściągnąć za półdarmo. Ważny jest też sposób negocjacji. Czasami klasowy zawodnik nie przebija się w dobrej drużynie i jest do wzięcia za niewielkie pieniądze. A czasem w drużynie z niższej półki ktoś się wyróżnia, ma dużo ofert i jest w zasadzie nie do wyciągnięcia. A wracając do tematu, proszę odpowiedzieć sobie na pytanie, w jakich ligach prawie nie ma Polaków.

W słowackiej, czeskiej, węgierskiej...

- Brawo. Swoją drogą, kompleksy musimy odłożyć na bok. Może moja ocena nie jest do końca obiektywna, ale gdybym porównał mecz Cracovii do spotkań, jakie oglądałem na Węgrzech, Słowacji lub w Czechach, to w Polsce naprawdę nie mamy się czego wstydzić. A jeśli chodzi o infrastrukturę, to w ogóle jesteśmy daleko z przodu.

Kraje, które wymieniliśmy, to główny obszar poszukiwań Cracovii?

- Nie jedyny, bo właśnie dogrywamy mój wyjazd do Portugalii. Ale jeśli wziąć pod uwagę możliwości i ceny zawodników, to skupiamy się właśnie na wspomnianych ligach. Można tam znaleźć dobrych piłkarzy, którzy tutaj zarobią parę groszy więcej niż u siebie. Musimy jeździć, bo płyty DVD z nagraniami albo filmiki na YouTube to trochę za mało.

Na YouTube chyba z każdego piłkarza można zrobić gwiazdę.

- Nie będę kontynuował tematu, bo sam kiedyś się na tym przejechałem (uśmiech). A w klubie, w którym pracowałem, nie miałem wtedy nikogo, kto mógłby pojechać i zobaczyć piłkarza na żywo.

Cracovia też długo nie miała nikogo takiego. I mam wrażenie, że m.in. z tego powodu zimą nie zrobiono wszystkiego, by wykorzystać szansę na europejskie puchary.

- Cenię pańskie zdanie. Na tym skończmy ten wątek.

Na jakie pozycje przede wszystkim szukacie zawodników?

- Piłkarze śledzą wywiady, a zostało im siedem meczów, na których muszą się skupić. Nie chcę, by ktoś w gazecie przeczytał, że szukamy jego następcy, i zawracał sobie tym głowę. Mogę powiedzieć, że jeśli zdecydujemy się na transfery, to będą to wzmocnienia, nie uzupełnienia.

Trudno mi sobie wyobrazić, że np. Erik Jendriszek zacznie grać słabiej, gdy przeczyta, że Cracovia szuka napastnika.

- Ale nie każdy nazywa się Jendriszek (śmiech).

Trudno było się przestawić na pracę skauta?

- Przede wszystkim bycie trenerem bardzo w tym pomaga. Nieskromnie powiem, że każdy ze szkoleniowców, który pracował na wysokim poziomie, nie musi kończyć specjalnych kursów w tym kierunku. Może to zabrzmi niedorzecznie, ale czasem w 20 minut jestem w stanie tak sparzyć się na piłkarzu, że już wiem: on nie jest dla Cracovii. Zdarza się, że jadę obserwować kogoś, a w oko wpada ktoś z przeciwnej drużyny. Ostatnio tak było podczas derbów Budapesztu.

Dziś moim celem jest spowodowanie, by Cracovia była mocniejsza, niezależnie od tego, na którym miejscu zakończy sezon. Oczywiście marzymy o pucharach i trzeba o tym głośno mówić. To nie tajemnica, że są zakusy na niektórych naszych piłkarzy, ale chcemy doprowadzić do sytuacji, w której brak jednego czy dwóch zawodników nie będzie się rzucał w oczy.

Usłyszał pan od władz klubu, jak drogi może być piłkarz dla Cracovii?

- Nie. Oczywiście chodzimy po ziemi i kiedy widzę, że jakiś piłkarz cenowo wykracza poza naszą ligę, to nawet nie zawracam sobie nim głowy. A trafiłem już na kilku takich. Wiem mniej więcej, w jakim przedziale finansowym mam się poruszać, ale nie podam kwot, bo mógłbym kogoś postawić w dwuznacznej sytuacji.

Poza tym działamy dwutorowo, bo szukamy też młodych zawodników, którzy mogliby nam pomóc w bliskiej przyszłości. Stąd moje wizyty na meczach I ligi. Z kolei piłkarzy, którzy od razu mogliby być blisko pierwszego składu Cracovii, obecnie można znaleźć tylko w dwóch najlepszych drużynach zaplecza ekstraklasy, czyli w Wiśle Płock i Arce Gdynia. Jeśli jednak w czołówce tabeli nic się tam nie zmieni, to będzie ich trudno wyciągnąć.

Zazdrości pan czasem szkoleniowcowi Cracovii atmosfery w szatni, adrenaliny przed meczami?

- Przede wszystkim trener Zieliński zawsze cieszył się moją sympatią i mówiłem to, jeszcze kiedy pracowałem w Podbeskidziu. Cenię go nie tylko za warsztat, ale też jako człowieka. Niewielu jest takich jak on, więc zawsze mu kibicowałem.

Ale nie pytałem o zawiść, tylko o zazdrość. Pozytywną.

- Pewnie, że ją czuję. Przecież nie przestaje się być trenerem ot tak. Nie po to przez tyle lat się człowiek uczył, jeździł na staże, inwestował w siebie, by o tym zapomnieć. Ale przychodzi taki moment, kiery warto zrobić przerwę. Wiele czynników o tym zadecydowało. Czuję np. niesamowity żal do ludzi, którzy pozwolili mi budować jakąś drużynę przez wiele tygodni, a potem powiedzieli: "Panu już dziękujemy". Przychodził ktoś inny i gdybym moich następców nie szanował, to powiedziałbym, że spijali śmietankę. Są momenty w życiu trenera, kiedy nie czuje, że zrobił coś złego, a musi ponieść konsekwencje. Byłem już tym zmęczony.

Dobrą wiadomością był więc dla pana m.in. powrót do Krakowa?

- Najbardziej cieszy się żona, bo przypomniała sobie, że może mieć męża na co dzień (śmiech).

Jest pan dalej kibicem Hutnika?

- Cóż, z Hutnikiem będę na dobre i złe. Ale biorąc pod uwagę to, co się tam teraz dzieje, pozostaje życzyć mu, by się odnalazł w nowej rzeczywistości.

W Hutniku brał pan udział w sprzedaży meczu. Ten epizod ciągnie się jeszcze za panem?

- Kiedyś bardzo przeszkadzał. Przynajmniej dwa razy straciłem szansę, by dostać pracę. Ale to było tak dawno, że już o tym nie pamiętam.

Czyli jednak w polskich klubach ktoś nadal zwraca uwagę na takie historie?

- Kiedyś była wręcz taka moda. Gdy komuś brakowało argumentów, by przepchnąć człowieka, z którym konkurowałem o posadę, to wyciągał trupa z szafy. Ale to był niewinny epizod, który zdążył już obrosnąć pajęczyną. Chyba nie warto do tego wracać.

Obserwuj @JaroslawKowal

Więcej o: