Podbeskidzie Bielsko-Biała. Mateusz Możdżeń: Podbeskidzie daje mi to czego chciałem [ROZMOWA]

- Kibice trochę się nakręcili, bo jak wygraliśmy trzy mecze z rzędu, to zaczęli myśleć, że już się nam porażka nie przydarzy - mówi Mateusz Możdżeń, pomocnik Podbeskidzia Bielsko-Biała.

Paweł Przybyła: Ostatni bezbramkowy remis z Górnikiem Zabrze siedzi jeszcze w głowie?

Mateusz Możdżeń: - Gdybym każdy mecz rozkładał na czynniki pierwsze i przejmował się cały tydzień, zwariowałbym. Kiedy rozmawiałem z Mateuszem Szczepaniakiem, wracał do meczu w Gliwicach i tamta strata punktów bolała go bardziej. Każdy z nas podchodzi do takich spraw indywidualnie, ale nie możemy się martwić całymi dniami każdym przegranym czy nawet zremisowanym meczem. Po spotkaniu z Górnikiem mamy punkt więcej. Gramy teraz z zespołami w naszym zasięgu; zarówno Jagiellonia, jak i Termalica to rywale do ogrania, więc szansa na ósemkę nadal jest.

O tym remisie mogliśmy szybko zapomnieć, bo momentalnie wszedł nowy tydzień i nowe rozdanie. We wtorek mieliśmy testy wydolnościowe, cały czas coś robimy, więc nie ma takiej monotonii jak przed każdym przygotowaniem do kolejnego spotkania [z powodu przerwy reprezentacyjnej, najbliższa kolejka dopiero po świętach - przyp. red]. Wiadomo, że po każdym nieudanym meczu mam "moralniaka", nie potrafię zasnąć, ale później zostawiam to za sobą i myślę już o kolejnych spotkaniach. Inaczej spoglądałem na remisy czy porażki grając w Lechu. Tam przegrany mecz, a nie daj Boże dwa z rzędu, robią już olbrzymi problem.

Z perspektywy ostatniego miejsca, na którym przezimowaliście, traktowanie remisu jako potknięcia trzeba uznać za jakiś sukces

- Racja. Jeżeli lądujesz na ostatnim miejscu w dwumiesięcznej przerwie, podczas której i tak wiesz, że nie jesteś w stanie zmienić miejsca w tabeli, mimo tego że ciężko pracujesz, remis bierzesz w ciemno. Pierwszy raz w życiu byłem w takiej sytuacji, że mój zespół zamykał tabelę. W zasadzie nikt na nas nie liczył, wszyscy skreślili Podbeskidzie, a my na dzień dzisiejszy gramy dobrze. Wygrzebaliśmy się z tej ostatniej lokaty i patrząc na rundę wiosenną - bez zapeszania rzecz jasna - nie przegraliśmy meczu na własnym stadionie. Na jesień mieliśmy problem, żeby wygrać choć jeden. Piłka nożna jest na tyle nieprzewidywalna, że pół roku może zupełnie zmienić twoją pozycję. Fakt, z perspektywy naszego zimowego miejsca remis z Górnikiem to dobry wynik, ale patrząc przez pryzmat naszych ostatnich rezultatów - jednak porażka. Apetyt rośnie zawsze w miarę jedzenia.

Patrząc od typowo psychologicznej strony, jak wyglądały wasze przygotowania do rudny wiosennej? Wydaje mi się, że można doskonale przygotować się fizycznie, mieć pomysł na grę, ale jeżeli nie zrobi się porządku z głową, to nic nie wyjdzie.

- Dlatego trener od razu uciął rozmyślania o poprzedniej rundzie. Na starcie powiedzieliśmy sobie, że tego nie ma i w drużynie nie było żadnego "doła". Wiadomo, że każdy z nas gdzieś tam analizował, przejmował się, rozmawialiśmy o tym ze sobą. Dzięki temu jednak, że nie było to poruszane przez trenera, nie przytłaczało nas to, a motywowało do dalszej pracy. Poza tym przygotowywaliśmy się na trochę krótszą walkę, bo nie na 21, tylko na dziewięć kolejek, a to też robi swoje. W głowach było tylko dziewięć bardzo ważnych spotkań, które będą miały bezpośredni wpływ na naszą pozycję w tabeli. Choć co nam było z tego ucięcia, jak w pierwszym jesiennym meczu przegraliśmy wysoko z Lechią

No właśnie. Podniesienie się po tej "piątce" w Gdańsku było chyba bardzo trudne, szczególnie dla pana, byłego zawodnika Lechii.

- To była sztuka! Zawsze będę patrzył w pierwszej osobie na wszystko, bo mówię za siebie, a nie za całą drużynę. Mimo że jestem młody jako facet, to sporo tych spotkań rozegrałem i grałem już w teoretycznie lepszych klubach, ale czegoś takiego, że jesteśmy ostatni w tabeli i jeszcze na inaugurację nowej rundy dostajemy 0:5, nigdy nie przeżyłem. W tym spotkaniu wiele się działo, bo to był także pierwszy mecz, w którym moja drużyna dostała dwie czerwone kartki w pierwszej połowie. Ten mecz dał nam kopa i później zaczęliśmy grać lepiej.

Trener Podliński tonował w szatni nastroje, kiedy mieliście tę serię trzech zwycięstw? W Bielsku-Białej była euforia.

- W szatni natomiast panował kompletny spokój. To wszyscy wokół pompowali balonik, przede wszystkim media, ale i kibice się nakręcili, bo jak wygraliśmy trzy mecze z rzędu, to zaczęli myśleć, że już się nam porażka nie przydarzy. To oczywiście normalne, ale nie zwracaliśmy na to uwagi. To dla nas było wręcz komiczne, bo trzema wygranymi meczami zmieniliśmy zupełnie naszą prasę.

Po trenerze było widać, że się cieszy. Jeżeli wygrywasz, to cały tydzień, aż do kolejnego meczu, jest przyjemniejszy. Nie wpadał jednak w hurraoptymizm, ale musiało mu być ciężko, bo zainteresowanie zrobiło się od razu większe. Ciężko dlatego, że musiał bronić się przed tym, żeby nagle nie powiedzieć, że wygramy kolejne trzy spotkania. Musiał być zadowolony, bo po zimie widać ewidentnie jego rękę.

Jego rękę widać na pewno patrząc na waszą grę, ale po zimowym okresie przygotowawczym poprawiliście się przede wszystkim fizycznie. Duża w tym zasługa trenera Michała Miroty?

- W Turcji pierwsza część treningu, ta bez piłki, typowo pod motorykę i przygotowanie fizyczne, należała do niego. To jego konik, można powiedzieć, a trener Podoliński tak jakby nie wchodził mu w drogę i oddawał nas w stu procentach w jego ręce. Trener Mirota potrafił zarazić nas siłownią; przychodzisz pierwszy raz na trening z nim i podciągasz się pięć razy, a po jakimś okresie pracy robisz to dziesięć razy. Dla niego to satysfakcja i widać, że takie zarażanie nas tymi wszystkimi ciekawostkami to jego pasja. Nie było jednak "przebacz", bo jak ktoś się nie przykładał, szybko został sprowadzony na ziemię. Wszyscy mieliśmy świadomość, jakie zajmujemy miejsce i co nas czeka. Mówiliśmy sobie jasno: zróbmy wszystko co się da, żeby później nikt do nas nie miał pretensji, że nie zrobiliśmy wszystkiego, co było w naszej mocy.

Teoretycznie nadal macie szanse na ósemkę. Chyba lepiej myśleć o wyższych celach, bo łatwiej się wtedy... utrzymać.

- Nie wiem, nie walczyłem jeszcze o utrzymanie (śmiech).

To popatrzmy z drugiej strony. Nie da się porównać presji w Poznaniu i w Bielsku-Białej, ale zarówno walcząc o mistrzostwo, jak i o utrzymanie zawsze jest się bardzo blisko rywali i każda strata punktów skutkuje zmianą pozycji w tabeli.

- Zgadza się, ale konsekwencje są zupełnie inne. Zdobywając wicemistrzostwo, masz Ligę Europejską, a jeżeli walczysz o utrzymanie i ci nie pójdzie, spadasz z ligi. Oczywiście, jest dużo podobieństw, bo ciągle się z kimś przeganiasz. Groźba spadku jest jednak zdecydowanie gorsza, niż tego, że nie zdobędziesz tytułu.

Należy pan do pokolenia młodych piłkarzy, od których wymaga się nienagannego prowadzenia, odpowiedniej diety, etc. Musiał pan się tego nauczyć czy wchodząc do piłki było to już na porządku dziennym?

- Tego trzeba się było nauczyć. Kiedy wchodziłem do dorosłej piłki, nie było jeszcze w Lechu choćby dietetyka. Nawet Robert Lewandowski, słynący dziś z tego nienagannego żywienia, mówił w wywiadach, że jadąc z Poznania do Warszawy miał sporą liczbę batoników. Dla chłopaków, którzy teraz wchodzą do piłki, będzie to naturalne i oczywiste, ale u mnie jeszcze tego nie było. Nie wiem sam do końca, czy gdybym miał wtedy taką wiedzę dotyczącą wszystkich tych spraw, od żywienia po siłownię, gdzie byłbym dzisiaj. Choć moim zdaniem nie ma jednej recepty na zrobienie kariery. Są tacy piłkarze, którzy zupełnie nie dbają o to, co jedzą i grają bardzo wysoko, a są i tacy, którzy starają się przestrzegać diety i grają w niższych ligach. Nie ma reguły.

Po meczu z Manchesterem City, w którym strzelił pan dla Lecha pięknego gola, był olbrzymi boom na Możdżenia. Dużo się pisało, prognozowało, gdzie kiedyś zagra. Ma pan do siebie pretensje, że kariera nie nabrała wtedy zawrotnego tempa?

- Nie. Może pan zapytać każdego mojego dotychczasowego trenera o to, czy miał ze mną problemy. Na sto procent każdy z nich powie, że zawsze się do treningu przykładałem. Będąc w Poznaniu, często prosiliśmy z młodszymi kolegami, m.in. z Marcinem Kamińskim, trenera Rumaka, żeby poświęcił nam czas i zrobił dla nas dodatkowy trening. Często trener Cyrak zostawał z nami i kiedy trening całego zespołu był o 10.00 i później czas wolny, to trenował z nami indywidualnie o 15.00. Starałem się maksymalnie wykorzystać swoje możliwości, szczególnie wtedy, kiedy jako młody chłopak wchodziłem do drużyny Lecha.

Jasne, że nigdy nie pomyślałbym grając w Poznaniu, że kiedyś zagram w Podbeskidziu. Jadąc do Bielska-Białej czułem złość, ale miałem też świadomość, że to najlepsza opcja. Długo zastanawiałem się razem z moim menadżerem nad tym transferem. Tutaj jest nowy stadion, zupełnie nowa drużyna i oferta była bardzo konkretna. Zaufałem menadżerowi, bo sam zapewne Podbeskidzia bym nie wybrał. Na dziś jestem z tego ruchu zadowolony.

Kiedyś pan powiedział, że wybrał Podbeskidzie tylko dlatego, że ze strony klubu były zapewnienia co do gry w środku pomocy.

- Szczera prawda. Podbeskidzie daje mi to, czego chciałem, czyli grę w środku. Z Lecha odszedłem tylko dlatego, że nienawidziłem grać na boku obrony; zawsze chciałem grać do przodu, asystować, strzelać bramki. Poza tym piłka jest taka, że kiedy nie masz ofert z lepszych klubów, to bierzesz to, co leży na stole. W naszej lidze jest teraz bardzo ciężko o klub; wielu zawodników, którzy spokojnie mogliby grać w Ekstraklasie, gra w pierwszej lidze.

Nie było chęci walki o to, żeby zagrać jednak w tym Lechu w środku pomocy? Każdy zawodnik może sobie przecież wywalczyć miejsce w składzie, a z Lecha mało który polski piłkarz chce odchodzić do innego klubu ekstraklasy, szczególnie - na papierze - słabszego.

- Grałem tam cały sezon na boku obrony. Trener Rumak, mimo że nie powiedziałem mu tego nigdy, miał świadomość, że mi się to nie podoba. On tam mnie widział i jestem mu wdzięczny za to, że mogłem grać do końca kontraktu i nie posadził mnie na ławkę wiedząc, że najpewniej zmienię klub.

Miałem gorącą głowę, bo nie lubiłem tej pozycji. Wiem, że szefem jest trener i jeżeli mam kontrakt, to robię, co mi każe. Jeżeli trener Podoliński ustawiłby mnie z boku obrony, też bym grał. Uparłem się wtedy, że nie chcę grać z tyłu i odszedłem do Lechii, gdzie grałem w obronie (śmiech). Patrząc z perspektywy czasu, gdybym mógł cofnąć czas, to przemyślałbym to dwa razy i może został w Lechu. Nie wiem, co byłoby dzisiaj. Możliwe, że tak bym zrobił, ale nie mam pewności.

Podbeskidzie dało też panu pozycję jednego z najważniejszych piłkarzy w tym zespole.

- No tak. W Lechu i w Lechii nie byłem tak ważną częścią zespołu, jak w Bielsku. Tam zawsze byłem tym wchodzącym piłkarzem, a tutaj jednak znaczę więcej. Tego chciałem i to mam.

W drużynie ma pan też obok siebie dobrych piłkarzy. Adam Deja, Kohei Kato czy Anton Sloboda to ludzie, bez których nie miałby pan tyle swobody.

- Na pewno. Przychodząc do klubu, nie byłem pewny tego, że grając w środku pola nie będę miał więcej biegania za piłką niż kreowania gry. Nie będę ukrywał, że nie wiedziałem, jaka drużyna będzie w Bielsku, ale fakt, dzięki nim mogę grać tak, jak lubię. Ale piłka ogólnie jest nieprzewidywalna. Przecież nie mogłem przewidzieć nawet zmiany trenera.

Co się zmieniło w klubie, kiedy odszedł z niego Dariusz Kubicki?

- Żeby nie skłamać, to muszę powiedzieć, że absolutnie wszystko. Nigdy wcześniej nie spotkałem takiego faceta jak on, jest zupełnie z innej bajki. Wiadomo, że każdy człowiek jest inny i nie mnie oceniać trenera, bo jestem od grania, ale były takie przypadki, że my schodziliśmy z treningu, a trener Kubicki wyjeżdżał już z Dankowic. Mówi się, że piłkarze tak robią: odbębnić trening i do domu, a w przypadku trenera Kubickiego było na odwrót. To dla mnie dziwne, bo nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałem. Dziś od zagospodarowania nam czasu między treningami jest trener Mirota. Wcześniej Dariusz Kubicki chciał być od wszystkiego. Ciekawe jest też to, że nie zmienił metod od początku swojej trenerskiej pracy. Koledzy mieli kontakt z zawodnikami, których prowadził kupę lat temu w Legii i jego treningi z nami nie zmieniły się w stosunku do tych sprzed 15 lat.

Nie wspominam tego czasu dobrze, bo nie było wyników, do tego nie byłem mocny fizycznie, a lubię się zmęczyć - na tym to polega. Co wybiegasz na treningu, masz później w meczu. Nie chodzi o oczernianie trenera Kubickiego, bo do każdego szkoleniowca mam szacunek, ale jednak różnica pomiędzy trenerami Podolińskim a Kubickim jest kolosalna.

Po zakończeniu tego sezonu zgłasza się Lech z propozycją gry na pozycji ofensywnego pomocnika. Wchodzi pan?

- Na pewno taką propozycję bym bardzo mocno rozważył. Dziś Lech jest w najtrudniejszej sytuacji w ostatnich latach, bo zawsze ta pierwsza trójka spokojnie była, a dziś muszą się o to ciężko bić. Myślę, że im się uda, ale nie jest łatwo. Patrząc jednak na ten cały sezon, to jest szaleństwo totalne. Rozstaliśmy się w dobrych relacjach, nie miałem do nikogo pretensji i gdyby była taka opcja, zastanowiłbym się nad powrotem na Bułgarską.

Wymarzony klub?

- Od dziecka kibicowałem Manchesterowi United, więc gol strzelony City był dla mnie podwójnie ważny (śmiech). Fajnie byłoby kiedyś zagrać w tym legendarnym "teatrze marzeń".

Więcej o: