W wyjątkowy świąteczny poniedziałek żużlowcy jadą dla Warda

Mecz charytatywny, głosy wsparcia z całego świata, aktywność zaprzyjaźnionego sponsora, deklaracje o kolejnych akcjach pomocy - właśnie dzięki takiemu zaangażowaniu żużlowego świata Darcy Ward przetrwał mentalnie koszmarny wypadek z ub. roku.

Można już bowiem określać to wprost: Ward - trzymając się żużlowej terminologii - wyszedł z ostrego wirażu na prostą.

Nie chodzi tu o oczywiście kwestie fizyczne. Po fatalnym wypadku na torze w Zielonej Górze nadal porusza się na wózku inwalidzkim, a uraz kręgosłupa jest nadzwyczaj poważny. Chodzi jednak o przełamanie kryzysu w innej sferze - mentalnej. A ta jest niemniej ważna niż sprawność.

Uraz kręgosłupa dla kogoś tak aktywnego jak Ward musi być gigantycznym ciosem. Gwiazda światowego żużla, najmłodszy juniorski mistrz świata w historii, człowiek o dziesiątkach pomysłów i pełny energii nagle wszedł w inny świat - taki, w którym jest uzależniony od pomocy innych osób. Nieprzypadkowo tuż po wypadku obawiano się szczególnie o stan mentalny Warda, o czym mówił m.in. jego przyjaciel, Chris Holder.

Pół roku po fatalnym wypadku Ward to dowód na to, że determinacja, wielkie wsparcie i wiara w lepsze jutro może wiele zmienić.

Australijczyk nie jest pogodzony z losem niepełnosprawnego. Na swój sposób walczy. Stara się żyć tak jak wcześniej, tylko treningi na torze zamienił na mozolne ćwiczenia rehabilitacyjne, które być może kiedyś pozwolą mu odzyskać choć częściową sprawność.

Nie ma Ward w sobie - chapeu bas! - nic z przygnębionego człowieka pogodzonego z nowym losem. Przeciwnie.

Sprawia wrażenie bardziej refleksyjnego, ale i pogodnego - na co uwagę zwrócili komentatorzy brytyjskich mediów, gdy udzielał im wywiadów w domu w Anglii. Siedział na wózku inwalidzkim, towarzyszyła mu jego partnerka Lizzie. Nie było w słowach Warda nadmiernego żalu i rozpamiętywania sytuacji w Zielonej Górze, analizowania "co by było, gdyby". Raczej snuł plany na przyszłość.

Ostatnie miesiące spędził na rehabilitacji i podróżach - najpierw z Wysp Brytyjskich do rodzinnej Australii, by później polecieć również do Stanów Zjednoczonych.

Na zdjęciach zrobionych podczas wizyty u Grega Hancocka widać Warda uśmiechniętego, zrelaksowanego. W jego przypadku wyraźnie widać swoiste życie po życiu - żużlowym. Ma determinację, plan na następne lata, motywację. To jest niezwykle istotne.

Nieoceniona pomoc przyjaciół

Nie byłoby to możliwe, gdyby nie to, jak zaangażowano się z różnych stron w pomoc dla Warda.

Wsparcie bliskich - to oczywiście podstawowa kwestia. Docenić trzeba też tło. Chociażby niezmienne zaangażowanie koncernu Monster, który chciał z Warda zrobić jedną ze swoich sportowych wizytówek. Tego już osiągnąć się nie uda, ale firma pozostała z Wardem, zapewniła mu wsparcie finansowe, zaangażowała się w rozwiązanie wielu kwestii logistycznych. A przecież nie musiała - Monster Energy nie traktuje jednak relacji z Wardem jedynie w kategoriach ściśle biznesowych.

Ważne są też chociażby symboliczne detale. To, że setki osób skandowały imię i nazwisko Australijczyka pod zielonogórskim szpitalem, gdy ten leżał tam tuż po wypadku. To, że niezmiennie otrzymuje wiele głosów wsparcia dzięki mediom społecznościowym. Symboliczna była akcja zdjęć na Facebooku - również znanych postaci światowego sportu - które robiono sobie z tabliczkami o treści wspierającej Warda. Swój wymiar mają też chociażby takie deklaracje, jak ta ze strony brytyjskiego dziennikarza Steve'a Brandona, który zapowiedział, że wraz z synem chce pokonać ok. 320 km z King's Lynn o Cardiff i zebrać minimum 20 tys. funtów, które mają zostać przekazane Wardowi.

Wsparcie z Torunia

Wielkie zaangażowanie widać też w Toruniu. To nie tylko kwestia mobilizacji kibiców, społecznych zbiórek, setek samochodów z charakterystycznymi fioletowymi naklejkami pokazującej formę wsparcia dla Warda. To nie tylko kwestia sprzedawanych koszulek, z których dochód też przeznaczony jest dla Australijczyka.

Z myślą o Wardzie - a także, co szczególnie istotne: o innych kontuzjowanych żużlowcach - powstała linia izotoników Get Well. Każda forma pomocy dla człowieka, który poświęcił życie dla żużla jest cenna.

Poniedziałkowy mecz na Motoarenie

Mecz charytatywny zespołu Get Well z ekipą przyjaciół Warda - w poniedziałek o g. 15.30 na Motoarenie - to wydarzenie wyjątkowe z kilku względów. Ma oczywiście swój wymiar finansowy - będąc tam wspiera się człowieka, który przez kilka lat tak bardzo ekscytował Toruń swoimi szarżami na torach całego kraju. To jednak również znakomite rozpoczęcie sezonu żużlowego w Toruniu.

Z jednej strony jest okazja, by na tle bardzo wymagających rywali sprawdzić zespół Get Well - choć bez Holdera, który trafił do ekipy przyjaciół - przed ligą. Choć to zawody towarzyskie, pewne jest jedno - nie będzie tam symulowania rywalizacji, spodziewać można się świetnego żużlowego show. Tym bardziej, że w zespole rywali Get Well są zawodnicy wyjątkowi - mistrz świata Tai Woffinden, pukający do ścisłej światowej elity Maciej Janowski, nieobliczalny Andreas Jonsson.

Całość ma być swoistą wielką żużlową imprezą - z koncertem na koronie stadionu, kolejnymi akcjami pomocy dla Australijczyka, transmisją w internecie. By zawody mógł obejrzeć każdy chętny - od Australii po Stany Zjednoczone - pojedynek będzie prezentowany w sieci wraz z angielskim komentarzem Tomasza Lorka.

Więcej o: