Lech Poznań - Zagłębie Sosnowiec 1:0 w Pucharze Polski. Gra Lecha w finale wciąż nie jest pewna

Plan był taki - Lech Poznań rozbija grające w niższej lidze Zagłębie Sosnowiec i przed sobotnim meczem z Legią Warszawa jest już pewny awansu do finału Pucharu Polski. Nic z tego - Kolejorz wygrał tylko 1:0 i pewnie nie jest niczego

Trener Jan Urban był w tym tygodniu w trudnej sytuacji. Miał dwa mecze, z których ten wtorkowy z Zagłębiem Sosnowiec decydował o losach Lecha w Pucharze Polski i szansach na być może jedyne w tym sezonie trofeum. Drugim był ligowy szlagier z Legią Warszawa. A uszczuplona kontuzjami i kartkami kadra Lecha nie pozwalała na wiele rotacji i manewrów.

Przeciwko niżej notowanemu, grającemu w słabszej lidze Zagłębiu Sosnowiec wyszli zatem gracze, którzy ostatnio grali mniej np. Vladimir Volkov czy Sisi. Niewysoki Hiszpan miał spora ochotę do gry, ale na niej poprzestawał. Jego występ był sporym rozczarowaniem. To jednak on został (niesłusznie) obwiniony przez sędziego za faul na Sebastianie Dudku, po którym czołowy gracz Zagłębia przedwcześnie opuścił murawę. Złamał rękę, zapewne podczas upadku na murawę poznańskiego stadionu.

Ta przypominała stary, zamszowy tapczan wytarty po bokach. Poznańską trawę czekają równie ciężkie chwile jak Lecha - w sobotę ma mecz z Legią, a następnie pojedynek kadry narodowej z Serbią.

Lech, jak przystało nie tylko na faworyta, ale i zespół ze starszaków, zyskał przewagę nad Zagłębiem Sosnowiec - zespołem, o którym mówi się, że bardzo dobrze gra z kontry. I który w czterech dotychczasowych potyczkach w Pucharze Polski z Lechem, aż trzykrotnie go wyeliminował. Tym razem jednak Kolejorz miał dwumecz, który kibicom mógł się kojarzyć z zeszłorocznym horrorem z Błękitnymi Stargard Szczeciński, z tą jednak różnicą, że pierwszy mecz grał u siebie. Miał też w składzie nie tylko graczy takich jak Sisi czy Kebba Ceesay, ale również prezentującego znacznie lepszy poziom Darko Jevticia.

Jeszcze nie tak dawno trener Jan Urban kręcił nosem na jego formę. Teraz Szwajcar w dużej mierze napędza gra Lecha. To po jego podaniu z boku boiska swą najpiękniejszą chwilę od przyjścia do Kolejorza przeżył Vladimir Volkov. Czarnogórzec niedawno nie miał większych szans na grę wobec dyspozycji Tamasa Kadara. Teraz zdobył całkiem ładną bramkę, której wspomnienie niezwykle go nakręciło.

Kolejorz prowadził 1:0, ale Zagłębie też miało okazje bramkową - słusznej postury Michał Fidziukiewicz kropnął obok bramki z niewielkiej odległości, ale i niedużego kąta. On również miał wyśmienitą okazję krótko po przerwie, gdy sosnowiczanie ruszyli do ataku i mieli kilka minut przewagi. Podkreślili ją jeszcze jedna okazją bramkową, którą zmarnowali.

Lech pozwalał na to, choć przecież był jednak piłkarsko lepszy. Poznaniacy kontrolowali piłkę, mecz, boisko, a gracze z Sosnowca czekali na okazję do kontry. Wiedzieli, że jeśli wyjdzie im choć jedna, spokojny Lech stanie się w jednej chwili chybotliwy i jego pewność siebie runie.

Znosili więc akcje, po których Maciej Gajos robił w sosnowieckiej obronie dziury niczym w serze - szwajcarskim, gdy podłączał się Darko Jevtić. Na tę dwójkę Zagłębie nie miało recepty i mogło tylko liczyć na brak precyzji poznaniaków. Jak wtedy, gdy w polu karnym Maciej Gajos po swoim rajdzie trafił w bramkarza.

Po godzinie gry mistrzowie Polski mieli jednak wciąż zaledwie jedną bramkę przewagi nad pierwszoligowcem, w rywalizacji kluczowej dla zaliczenia tego sezonu do udanych. Jan Urban zaczął wymieniać piłkarzy. Zmianę Sisiego na młodego Kamila Jóźwiaka publiczność poznańska przyjęła ze zrozumieniem. Wejście Duńczyka Nickiego Bille za Dawida Kownackiego - z entuzjazem. Nowy nabytek Kolejorza wracał wszak do gry po kontuzji, jakiej nabawił się podczas meczu w Bielsku-Białej. Powiało wtedy grozą, bo Lech pozostał tylko z jednym kłem w obu szczękach - jedynym napastnikiem, Dawidem Kownackim. Przerwa w grze Duńczyka nie trwała na szczęście długo.

To jednak nie Nicki Bille, ale Łukasz Matusiak miał na nodze piłkę, która mogła mieć kluczowe znaczenie dla tej rywalizacji. Położył zwodem na trawie dwóch lechitów i w czystej sytuacji uderzył tak, że ... pożal się, Boże! Taką piłkę, która wiele mogła zmienić miał również Nicki Bille po podaniu Kamila Jóźwiaka, a następnie Darko Jevtić.

Lech wygrał, ale tylko 1:0 i 5 kwietnia w Sosnowcu będzie musiał zdrowo o awans powalczyć.

Więcej o: