Polski mistrz świata w kartingu: Dość tych porównań do Roberta Kubicy! [WYWIAD]

Zdobyłem mistrzostwo świata i wysłuchiwałem komentarzy: ?O, Basz w końcu coś wygrał?. Ludzie nie zdają sobie sprawy, ile ciężkiej pracy w to włożyłem. Jest naprawdę wielu dobrych kierowców, którzy nie wychodzą z domu, bo nie mają pieniędzy.

Karol Basz (rocznik 1991, mieszkaniec Krakowa) to pierwszy mistrz świata w kartingu pochodzący z Polski. Ściga się od ósmego roku życia, niedawno obchodził 24. urodziny. Reprezentuje profesjonalny włoski zespół Kosmic Kart i przez lata był uznawany za jedną z największych nadziei polskich sportów motorowych. Jeszcze kiedy był nastolatkiem, pisały o nim gazety i typowano go na drugiego polskiego kierowcę w Formule 1.

Jarosław K. Kowal: Jak często jesteś pytany o Roberta Kubicę?

Karol Basz: (głębokie westchnięcie ) Kiedyś pytań było więcej. W zasadzie w każdym wywiadzie musiałem o nim mówić. Najczęściej w 2009 i 2010 roku, kiedy jeździłem w jego teamie. Ostatnio dziennikarz powiedział mi, że da tytuł: "Karol Basz lepszy od Roberta Kubicy". Odpowiedziałem, że to bez sensu, niech każdy robi swoje.

Do tego zmierzam. Przeszkadzają ci nieustanne porównania?

- Nie lubię się kimś podpierać, jechać na czyimś nazwisku. Kiedy byłem w teamie Kubicy, pytania o niego były na porządku dziennym: "Jakim jest nauczycielem?", "Jak pracuje?". Każdy tytuł, jaki zdobyłem, był łączony z nim.

Więc miejmy to za sobą. Jak to z wami było?

- Poznałem go w hali kartingowej Motodrom w Krakowie, kiedy miałem osiem lat i byłem zielony w tym temacie. On jeszcze wówczas jeździł w kartingu. Spędzaliśmy wspólnie dużo czasu i siłą rzeczy dawał mi wskazówki. A potem przez dwa lata jeździłem w jego zespole. Pierwszy sezon był fajny, wygraliśmy kilka wyścigów. Potem miał coraz więcej obowiązków na głowie, doznał wypadku. Teraz już nie mamy kontaktu.

Bo nie chcecie mieć czy tak wyszło?

- On się nie odzywa, ja się nie odzywam. Tak wyszło. Porównywanie mnie do Roberta naprawdę nie jest mi na rękę.

Kiedy po raz pierwszy zrobiło się o tobie głośno?

- Gdy miałem 15 lat.

Wtedy można było przeczytać o tobie: "genialne dziecko". W takim wieku świra można dostać...

- Nie czytałem artykułów o sobie. Oczywiście komentarze do mnie docierały, ale nie było tak, że poczułem się gwiazdą. Sodówa mi do głowy nie walnęła. Bo wiedziałem, że to nie jest łatwy sport.

Długo pracowaliśmy, by w ogóle mieć wsparcie finansowe. Myśleliśmy m.in. o startach w wyścigach samochodów turystycznych, ale nigdy nie udało się dopiąć budżetu na cały rok. Teraz, po zdobyciu mistrzostwa świata w kartingu, słyszałem komentarze: "O, Basz w końcu wygrał", "Ile można ścigać się gokartami". A ludzie nie zdają sobie sprawy, ile trzeba w to włożyć wysiłku. Myślą, że Puchar Golfa to bardziej profesjonalna impreza niż karting. Nieprawda, bo nasze zespoły organizacyjnie stoją na bardzo wysokim poziomie.

Jesteś więc mistrzem świata. Co to zmienia?

- Szczerze? Chwilę po mistrzostwach było głośno i pewnie na tym się skończy. Sponsorzy raczej nie zaczną do mnie przychodzić z workami pieniędzy. Jesteśmy w Polsce, a tu karting nie jest zbyt popularny. Tuż po mistrzostwach nie było źle, o moim zwycięstwie było głośno, ale fajerwerków nie ma.

Tymczasem w tej dyscyplinie wszystko kręci się wokół pieniędzy.

- Taki jest motosport. Wszystko, co jest związane z zaawansowanym sprzętem, wymaga ogromnych pieniędzy. Znam wielu dobrych kierowców, którzy siedzą w domu. A słabsi, ale z dużym budżetem, jakoś sobie radzą. Moi koledzy jeżdżą w Formule 1...

Na przykład?

- (westchnięcie ) Carlos Sainz Junior nigdy nie był wybitnym kierowcą. Max Verstappen? Nie powiem, jest dobry. Walczyłem z nim o mistrzostwo świata i Europy. Był na moim poziomie, ale miał trochę szczęścia i lekkie plecy w teamie. Dzięki temu zdobył tytuł. Ale jest kilku, którzy są słabi, a mają pieniądze i dzięki temu startują w GP2, w Formule Renault czy w Formule 1.

Dla ciebie na Formułę 1 jest za późno?

- Tak. Ale na DTM [Deutsche Tourenwagen Masters - najważniejsza seria wyścigowa samochodów w Niemczech i jedna z najbardziej prestiżowych w Europie - przyp. red.] czy WTCC [World Touring Car Championship - mistrzostwa świata samochodów turystycznych] nigdy nie jest za późno.

Więc jaki jest plan?

- Nie wiem, naprawdę. Pracujemy nad budżetem na przyszły rok, a jeszcze nawet nie mogę powiedzieć, jaka seria mnie interesuje.

Ile pieniędzy potrzeba?

- Wszystko zależy od serii. Budżety wynoszą od 100 tys. do 500 tys. euro.

Twoje marzenia?

- Starty w DTM. To marzenie nawet większe niż Formuła 1, która jest przereklamowana i niewiele się w niej dzieje. W każdym razie nie zwala mnie z nóg.

Sądziłem, że każdy kartingowiec marzy o Formule 1.

- Bo tak jest, ale kilka rzeczy zobaczyłem i dziś po prostu bardziej pociągają mnie starty w DTM.

Może lepiej pocieszmy się trochę z twojego ostatniego sukcesu.

- O właśnie! Przecież jestem mistrzem świata (śmiech )! Na wielu mistrzostwach byłem szybki, ale zawsze brakowało wisienki na torcie. A teraz od początku wszystko szło według planu. Podczas półfinałów wpadłem w trans. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie miałem - byłem megaskoncentrowany, o niczym innym nie myślałem, nic mnie nie zatrzymało. Dopiero kiedy w niedzielę minąłem linię mety, wszystko puściło, łzy się polały. Choć jeszcze wtedy nie docierało do mnie, co się stało.

Kiedy dotarło?

- Następnego dnia. Nawet na podium byłem jeszcze zmobilizowany, gotowy do działania. W końcu całe życie na to pracowałem.

Puchar stanie na honorowym miejscu?

- Niestety, zabiera go mój zespół. Wszystkie trofea trzyma w przeznaczonym do tego miejscu.

Poważnie? Masz w ogóle jakąś pamiątkę z mistrzostw?

- Oderwałem listwę z gokarta. A do tego jeszcze zdjęcie pucharu (śmiech ). Ale jakoś w końcu go przejmę, wszystko w swoim czasie.

Jak często bywasz w Krakowie?

- Np. od lutego do maja byłem może przez pięć dni. Jedynie w wakacje, kiedy była przerwa w sezonie, udało mi się w domu spędzić cały miesiąc.

Resztę czasu spędzasz we Włoszech.

- Wyjechałem, kiedy miałem 15 lat. Pamiętam, że próbowałem mówić coś do mechanika po angielsku, a on odpowiadał mi po włosku. Nie chodziłem na lekcje tego języka, ale już po miesiącu potrafiłem się dogadać. Po prostu słuchałem innych i jakoś poszło. Może na początku było to trochę dziwne, ale miałem szczęście, że trafiłem na fajny zespół. I już po trzech dniach czułem się naprawdę dobrze. Dziś, jak każdy kierowca, mam do dyspozycji apartament, w pobliżu fabryki.

Jak wygląda twój dzień?

- Kiedy mamy testy, od godz. 7 do 18 jestem na torze, o godz. 20 jest kolacja i do spania. Najwięcej czasu spędzam więc na torze, głównie we Włoszech, choć wszystko zależy od tego, gdzie są zawody. Np. w grudniu lecimy do Makau. Jak się żyje tym trybem? Czasami tęsknię za domem, to na pewno. A czasami jestem zmęczony, mam zwyczajnie dość. Ale tak wybrałem i tak mam.

Trochę narzekasz...

- Nie narzekam. Boli mnie tylko to, że nikt tym sportem się nie interesuje. I nikt nie zdaje sobie sprawy, jak jest ciężko. Do tzw. czasówki staje 80 zawodników, a różnica między pierwszym i ostatnim wynosi niewiele ponad pół sekundy. Każdy jest przygotowany na 100 proc. Potem są cztery wyścigi kwalifikacyjne, półfinał i finał. Nie możesz sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Uwierz, że jest naprawdę wiele dobrych kierowców, którzy nie wychodzą z domu. Więc niby cieszę się, ale gorycz też jest.

Zmieniając temat - niedawno ścigałem się pod centrum handlowym w Nowej Hucie. Masz ochotę na parę kółek?

- Pewnie, możemy jechać! (śmiech ) A poważnie: ludzie właśnie kojarzą karting ze ściganiem się pod sklepem, a to wygląda trochę inaczej.

Jak się zdobywa sponsorów?

- Kiedyś z większości rozmów wychodziłem z niczym. Gdybym startował w Formule 1, to co innego. Jak Robertowi - na początku też nikt mu nie pomagał, poza tatą. Teraz mam ten komfort, że tego typu rzeczami zajmuje się mój menedżer.

Po Krakowie szybko jeździsz?

- Ja latam, a nie jeżdżę (śmiech )... A poważnie to staram się jeździć wolno.

Próbujesz być poważny, ale słabo ci idzie!

- Naprawdę się staram! Kiedyś może było trochę inaczej, ale to było kiedyś. Nie chcę stracić prawa jazdy, bo o to nie jest trudno.

Zgaduję, że byłeś tego blisko.

- (uśmiech )

Straciłeś?

- Przyznaję się, tak. Głównie za prędkość, bo jeśli chodzi o sprawy bezpieczeństwa, przywiązuję do nich dużą wagę. Bez zapiętych pasów nigdy nie wyjeżdżałem na ulicę, to byłaby głupota. A jak śnieg spadnie, to zimówki muszą być!

Zaskoczyłeś mnie. Słyszałem historie o kierowcach rajdowych, którzy po ulicach jeżdżą wyjątkowo wolno.

- To dokładnie jak ja teraz!

W końcu spóźniłeś się na wywiad 15 minut.

- No widzisz! To nie tak, że korki były (śmiech ). Po prostu jechałem zbyt wolno.

Teraz poważnie - jaka jest szansa na to, że kiedy spotkamy się w przyszłym roku, będziesz w pełni zadowolony, nie będziesz musiał martwić się o pieniądze i żyć w niepewności?

- Ale ja jestem megazadowolony! Tyle że każdy kierowca ma jakiś cel, a czasem coś go blokuje. Chciałby ruszyć z miejsca, a nie może. Trudno się cieszyć, kiedy nie ma się pełnej swobody.

Czyli sam nie wiesz, co z tobą będzie?

- Pracujemy nad tym.

 

źródło: Okazje.info