Boruta Zgierz - Widzew Łódź 1:1. Zawiedli piłkarze i kibice

Remis Widzewa z przedostatnim w tabeli Borutą można potraktować jako porażkę. W Zgierzu nie popisali się także kibice łodzian.
MAŁGORZATA KUJAWKA

To już tradycja, że na wyjazdowych meczach Widzewa w IV lidze większą część stadionu wypełniają kibice gości. Nie inaczej było w Zgierzu. Prezes Boruty Dariusz Pawlikowski przeznaczył przyjezdnym dokładnie 495 wejściówek: 480 dla kibiców oraz 15 dla działaczy. To połowa dozwolonej liczby widzów, ponieważ środowy mecz nie był imprezą masową. Kibicom Widzewa było jednak mało. Na forach internetowych prezesowi Boruty mocno się za to dostało. - Nie ukrywam, że mnie to zabolało, bo chętnie przyjąłbym i kilka tysięcy fanów, ale to po prostu niemożliwe - mówi "Wyborczej" Pawlikowski. - Tak naprawdę, przyjmując tysiąc kibiców, zwracają nam się koszty organizacji meczu. Goszcząc więcej fanów na trybunach, zarobilibyśmy na tym meczu, więc byłaby korzyść dla obu stron. Chyba chciałem za dobrze, bo przecież na wielu stadionach przeznacza się znacznie mniej biletów dla kibiców gości.

Pawlikowski musiał odmówić akredytacji także niektórym dziennikarzom, ponieważ chęć zrelacjonowania meczu zgłosiło blisko 60 osób. - Niestety, musimy się zmieścić w limicie 999 osób, a obsługa, dziennikarze i działacze nie są wyjątkami - mówi prezes Boruty. - Nie wspominam już o naszych młodych piłkarzach czy członkach stowarzyszenia. Nie chcieliśmy też zarobić na tym meczu, dlatego kibice dostali bilety po normalnych cenach. Wydaje mi się, że bardziej poszedłem im na rękę, niż zrobiłem na złość, bo takiego celu nie miałem.

Oczywiście w pierwszych minutach meczu kibice, którzy weszli na stadion, domagali się wpuszczenia kolegów, którzy nie mieli biletów. Doszło do przepychanek z policją, a ostatecznie sporo fanów weszło do środka. Niektórzy przeskoczyli przez płot z drugiej strony stadionu i na sektor przedostali się... przebiegając przez boisko. Ci, którym nie udało się dostać na obiekt, głośno dopingowali zza siatki.

Całej sytuacji przyglądał się delegat Łódzkiego Związku Piłki Nożnej. W pierwszej połowie fanatycy Widzewa odpalili kilkanaście rac, które zadymiły boisko (kilka wylądowało na murawie), a sędzia był zmuszony przerwać grę. W drugiej połowie sytuacja się powtórzyła, a to już groziło walkowerem. Sędzia zdecydował się jednak kontynuować spotkanie, choć miał sporo wątpliwości. Co więcej, za odpalanie petard w meczu z KS Kutno łódzcy kibice zostali ukarani zakazem wyjazdowym na dwa mecze (w tym jednym w zawieszeniu), a klub musiał zapłacić 500 zł. Wszystko wskazuje na to, że teraz kara zostanie wyegzekwowana, pojawią się też kolejne sankcje. Jakby tego było mało, w nocy ktoś rozsypał na murawie stadionu szkło. Na szczęście to zauważono i udało się je w ekspresowym tempie posprzątać.

A sam mecz? Widzew co prawda przeważał, ale po raz kolejny zaprezentował się kiepsko, o czym najlepiej świadczy wynik. Remis 1:1 z przedostatnią drużyną w tabeli to wstyd dla zespołu walczącego o awans do III ligi.

Zgubionych punktów szkoda tym bardziej, że potknęły się też KS Paradyż (przegrał ze Zjednoczonymi Bełchatów 0:2) oraz PGE GKS II Bełchatów (remis ze Stalą Głowno 3:3). Widzew pozostał więc na czwartym miejscu w tabeli, a w sobotę zagra ostatni jesienny mecz z Mechanikiem Radomsko.

Boruta Zgierz - Widzew Łódź 1:1 (1:1)

Gole: Polit (33.) - S. Ceglarz (45.).

Boruta: Kaźmierski - Retkowski, Sadłecki, Antczak, Bagrodzki, Snita (78. Wiktorowski), Kowalski, Olesiński (46. Gil), Baszczyński, Damian Ceglarz, Sebastian Ceglarz.

Widzew: Sokołowicz - Pietras, Polit, Dudała (77. Świątkiewicz), Bartos - Budka Ż, Okachi, Kozieł (90. Gilarski), Czaplarski Ż, Majerz (65. Marcioch) - Zieliński.

Więcej o: