Podbeskidzie Bielsko-Biała. Jerzy Wolas: Cieszę się, że drużyna wreszcie walczy [ROZMOWA]

- Oczywiście nadal są w drużynie słabe punkty, ale jest ich znacznie mniej niż jeszcze kilka tygodni temu - uważa Jerzy Wolas, były prezes Podbeskidzia Bielsko-Biała.

Zostań najlepszym managerem w lidze!

Początek sezonu przyniósł Podbeskidziu Bielsko-Biała poważne problemy. Tak na boisku, jak i poza nim. Zatrudnienie trenera Roberta Podolińskiego ten sportowy kryzys zażegnało.

O sytuacji w Podbeskidziu rozmawiamy z Jerzym Wolasem, jego byłym prezesem.

Kamil Kwaśniewski: Jeszcze niedawno gra Podbeskidzia wyglądała dramatycznie, ale od momentu przyjścia Roberta Podolińskiego to już inna, zdecydowanie ładniejsza bajka.

Jerzy Wolas: Prawdziwa przepaść, zupełnie inna jakość. Przecież kiedy patrzyło się na ten zespół za Dariusza Kubickiego, to aż zęby bolały. Dzisiaj oczywiście nadal są w drużynie słabe punkty, ale jest ich znacznie mniej niż jeszcze kilka tygodni temu. Był zlepek zawodników, jest kolektyw. No i ten styl gry... Nie wiem, czy za Kubickiego zdarzyło się, żeby w jednej akcji Podbeskidzie wymieniło więcej niż pięć podań. Podejrzewam, że nie. Było więc maksimum te pięć zagrań, a potem już tylko długa piłka na Roberta Demjana czy Mateusza Szczepaniaka.

Jest pan już spokojny o losy Podbeskidzia?

- Ani specjalnie się nie obawiam, ani nie popadam w hurraoptymizm. Za Podolińskiego zespół zagrał cztery dobre mecze i to cieszy, ale sezon jest długi. Zwłaszcza że - jestem tego pewien - w lecie drużyna została źle przygotowana. Za czasów Kubickiego bieganie w meczach kończyło się mniej więcej około 60. minuty. Chociaż to i tak lepiej niż z graniem, bo tego nie było w ogóle... Ale wracając do przygotowania fizycznego - choć w krótkim czasie nowy trener zdążył sporo poprawić, to nadrobić braków w całości nie będzie w stanie. Nikt by nie był. I tu widzę pewne zagrożenie dla zespołu. Cieszę się natomiast, że Podbeskidzie wreszcie walczy. Jak zaczyna brakować umiejętności, to jest w stanie obronić się zaangażowaniem.

Odmiana, jaką zaserwował drużynie Podoliński, to najlepszy dowód tego, jak nietrafiona była decyzja o zatrudnieniu Kubickiego.

- Mówimy o najsłabszym trenerze, jaki pracował w Podbeskidziu w ciągu kilku ostatnich lat. Nie pamiętam nawet jednego, który do tak słabego poziomu chociażby się zbliżył. Inna sprawa, że niemal wszyscy się tego spodziewaliśmy. Tego, jakim Kubicki jest trenerem, nie widział właściwie tylko ten, kto go zatrudniał.

Gdyby bardzo chciał pan znaleźć jakiś plus w jego pracy, to...

- ...nie dałbym rady. Po prostu takiego plusa nie widzę. Poza tym, jak można zatrudnić człowieka, który kiedyś w klubie już był i go porzucił? Opowiadanie o tym, że miał w kontrakcie zapis pozwalający mu odejść w przypadku dobrej oferty, w ogóle do mnie nie trafia. To tak, jakby trener powiedział: "Na razie zaczepię się w Podbeskidziu, a jak tylko pojawi się jakaś lepsza opcja, to już mnie tu nie ma". Naprawdę trudno mi to wszystko zrozumieć. A do tego pewnie dochodzi jeszcze kwestia pieniędzy, które trzeba wypłacać zwolnionemu trenerowi. Chociaż - z drugiej strony - to nie byłoby nic nowego, bo przecież klub przerabiał to już m.in. z Czesławem Michniewiczem. Cóż, można by powiedzieć: "Kto bogatemu zabroni?". Tyle że jest jeden problem - Podbeskidzie bogate nie jest.

Więcej o: