Piast Gliwice. Mateusz Mak: Mam czas do końca sezonu, żeby przekonać do siebie klub

- Do Piasta Gliwice mogłem trafić już znacznie wcześniej. Zresztą razem z bratem. Problem polegał na tym, że w kontraktach z Bełchatowem nie mieliśmy zapisanych sum odstępnego - mówi Mateusz Mak, pomocnik gliwiczan.

Jesteś kibicem z Górnego Śląska? Dołącz do nas na Fejsie! >>

Luty 2010 roku. Na bocznym boisku Stadionu Śląskiego sparing rozgrywają drugoligowy Ruch Radzionków i występująca szczebel niżej Skałka Żabnica. Po przerwie Rafał Górak, trener radzionkowian, wpuszcza na boisko braci Mateusza i Michała Maków, którzy dopiero co skończyli po 18 lat. Mimo to na tle rosłych (i dość ociężałych) obrońców rywali bawią się w najlepsze. Ba, w ostatniej akcji meczu po prostu ich ośmieszają. Mateusz podaje, Michał pakuje piłkę w siatkę. Już wtedy widać, że będą z nich ludzie...

- Pamiętam tamten mecz, bo to był dla nas taki mały przełom. Pokazaliśmy, że potrafimy. Wtedy trener Górak zaczął powoli na nas stawiać. Zespół walczył o awans do II ligi, w kadrze było chyba 30 zawodników, więc nie od razu zaczęliśmy grać regularnie, ale już same treningi z Adamem Kompałą czy Piotrkiem Gierczakiem dawały nam naprawdę dużo - wspomina Mateusz. Półtora roku później wyjechał natomiast - oczywiście razem z bratem - na testy do niemieckiego Hoffenheim. Na Śląsku zrobiło się o tym naprawdę głośno, choć - jak przyznaje dziś Mateusz - więcej było w tym szumu niż konkretów. - Ten temat wykreował nasz menedżer. Nie wszystko jednak miało tam pokrycie z prawdą. Do Niemiec pojechaliśmy w środku sezonu, w ogóle nie było możliwości transferu. Ponoć gdybyśmy zaprezentowali się pozytywnie, mógłby się pojawić, ale nic z tego nie wyszło. Owszem, potrenowaliśmy trochę - z zespołem do lat 23 - ale to bardziej była... wycieczka - wskazuje pomocnik Piasta.

Piasta, do którego - dodajmy - mógł trafić (też "w pakiecie" z bratem) znacznie wcześniej. - Tak było. Problem polegał na tym, że w kontraktach z Bełchatowem nie mieliśmy zapisanych sum odstępnego. Nasza przyszłość zależała więc wyłącznie od decyzji klubu. A klub sprzedać nas nie chciał. Zresztą podobnie jak Maćka Wilusza czy Kamila Wacławczyka - przypomina Mak. - To było zaraz po spadku Bełchatowa z ekstraklasy, a występów w pierwszej lidze woleliśmy uniknąć. Zdecydowano jednak, że wszyscy musimy w GKS-ie zostać. Cóż, trzeba było się z tym pogodzić. Chociaż - tak z perspektywy czasu - nie żałuję. Zrobiliśmy awans, a ta pierwsza liga wiele mi dała. Nabrałem krzepy - uważa 24-latek.

Paradoksalnie naprawdę poważny problem przyplątał się do niego już po powrocie z Bełchatowem w szeregi ekstraklasy. Poprzedni sezon niemal w całości stracił bowiem przez kłopoty z kolanem. W sierpniu poddał się artroskopii, ale że ta nie przyniosła spodziewanych efektów, to w październiku na stół operacyjny trafił ponownie. Rehabilitacja trwała zaś tyle, że powrót na boisko zanotował już... w barwach nowego klubu, właśnie Piasta. Zaczął - w końcówce września - od dosłownie symbolicznego występu, ale z każdym kolejnym otrzymuje od trenera Radoslava Latala coraz więcej minut. W zeszły weekend, kiedy do Gliwic zjechała Korona Kielce, było ich już ponad 30. Docelowo Mak ma się stać jednym z liderów Piasta. - Klub mi zaufał. Teraz mam czas do końca sezonu, by go do siebie przekonać - dodaje.

Więcej o: