W niedzielnym spotkaniu do siatki niecieczan w doskonałych wydawało się sytuacjach nie trafiali Maciej Jankowski (dwukrotnie), Paweł Brożek i Wilde-Donald Guerrier. Niezgorszą okazję miał też Tomasz Cywka. Krakowianie atakowali przez całe spotkanie, radzili sobie ze sforsowaniem głęboko ustawionej defensywy Termalici, ale gdy do pokonania zostawał tylko Sebastian Nowak, Wisłę brał paraliż jak gdyby z całego repertuaru piłkarskich umiejętności akurat trafianie do siatki było jej piłkarzom obce.
I po meczu zawodnicy krakowskiego zespołu słowo "nieskuteczność" odmieniali przez wszystkie przypadki, zwykle tuż obok słów: "zagraliśmy dobry mecz". Tak, Wisła zagrała dobrze, była w miarę pewna w obronie, interesująco rozgrywała piłkę, potrafiła przejąć kontrolę nad meczem. Ale nie trafiała, co jest motywem przewodnim nie tylko tego sezonu, ale także kilku poprzednich. A w historii piłki nożnej Wisła i jej napastnicy nie jest ani pierwszą, ani ostatnią taką drużyną, która choć potrafi wiele, to nie jest w stanie postawić kropki nad i.
- Czasem było tak, że byłem bez formy, a strzelałem gole, a kiedy dobrze się czułem fizycznie, to za nic nie potrafiłem trafić do siatki. Próbowałem to sobie wytłumaczyć, ale ciągle tkwiłem w martwym punkcie, bo nie wiedziałem czy się cieszyć, że strzelam czy się martwić że gram słabo, bo tracę dużo piłek - opowiada Grzegorz Mielcarski, były napastnik.
Jednak jakieś powody muszą być - od tych najprostszych, czyli niskich umiejętności technicznych, po te najbardziej skomplikowane, dotykające ludzkiej psychiki. Mielcarski mówi o pewności, o spokoju i koncentracji, którą musi mieć piłkarzy, gdy staje sam na sam z bramkarzem. - Albo czyste sumienie, że zrobiło się wszystko, żeby trafić do bramki, że w tygodniu dało się z siebie wszystko na treningu, również dodatkowych, strzeleckich - opowiada.
Ale nie jest też tak, że jeden dodatkowy trening przyniesie efekty, bo zdaniem eksperta zajęcia z uderzania muszą trwać kilka miesięcy, może nawet dłużej, bo uderzenia są różne, tak jak różne są podania. Trzeba umieć trafiać prawą i lewą nogą, do tego głową. Wiedzieć, jak się zachować przy piłkach szybujących, toczących się czy ostro przecinających powietrze. - Każdy umie już od juniora oddawać strzały, wie jak ustawić stopę do uderzenia zewnętrznym, wewnętrznym czy prostym podbiciem, chodzi o złapanie automatyzmu - opowiada i zaraz podkreśla: - O zakodowanie sobie tego w mózgu.
To zakodowanie sobie czegoś w głowie nazywa się fachowo, jak mówi Grzegorz Bręczewski z poznańskiego AWF-u, "nawykowym wytrenowaniem". - Wtedy zawodnik o każdej porze dnia i nocy wie jak podejść do danej piłki. Im bardziej jest to przećwiczone na treningu, tym bardziej wykonuje się to od niechcenia. Piłkarz jest na wszystko przygotowany. Dla niego każda okazja strzelecka to nie odosobniona sytuacja, ale coś co wykonywało się już wielokrotnie - tłumaczy psycholog.
Różnica jest zasadnicza - w odosobnionej sytuacji trzeba brać pod uwagę wiele czynników, a wówczas traci się tylko czas. Gdy określony strzał powtarzało się już kilka razy, wtedy wykonuje się go mimochodem, nawet o tym nie myśląc. - Zawodnik nie wie dlaczego i jak, ale po prostu uderza i strzela gola - podsumowuje Mielcarski. To ma dowody w nauce - neurolodzy odkryli, że często decyzje podejmowane przez mózg odbywają się poza świadomością, a dokładniej: przed wkroczeniem świadomości do gry.
Podświadome podejmowanie decyzji o strzale bierze się więc z nabrania nawyków, czyli powtarzania na treningu odpowiednich strzałów. Mówiąc krótko: receptą na kłopoty Wisły powinna być ciężka praca na treningu, ćwiczenie strzałów kończących każdy rodzaj akcji i wtedy problem będzie rozwiązany.
Jak wyglądają więc zajęcia krakowskiego zespołu? Są elementy treningu strzeleckiego - to jasne, ale sztab szkoleniowy Wisły wie, że wciąż trzeba szlifować inne elementy gry, a czas jest ograniczony i wielkiego pola manewru nie ma. Jeśli krakowianie skupią się na wykańczaniu akcji, w następnych tygodniach mogą mieć problem z ich tworzeniem, a jeszcze później z defensywą. I wtedy cały wysiłek włożony w ćwiczenie strzałów idzie na marne.
To kwestia wartościowania. Choć w piłce nożnej chodzi o zdobywanie bramek, to trenowanie pressingu, utrzymywania się przy piłce czy powstrzymywania kontrataków rywala daje większą pewność, że bramki się nie straci, czyli że zdobędzie się punkty. Z samego ćwiczenia strzałów drużyna korzyść ma niewielką, bo nie będzie wiedziała jak do tych uderzeń doprowadzić. Dlatego krakowianie powtarzają z frustracją o braku skuteczności, choć zwykle nie grają najgorzej, bo wiedzą, że poza pracą indywidualną (która też nie daje wszystkiego) zrobić mogą niewiele.
Mogą tylko liczyć, że w końcu się uda - tak jak w meczu z Podbeskidziem, czyli ostatnim kiedy w ogóle strzelili gola.
Lech zdobył punkt. Przełamanie? Internauci mają inne zdanie [MEMY]