Ruch Chorzów. Marcin Malinowski: Na takie boisko nie wpuściliby nawet krów! [WYWIAD]

Marcin Malinowski, były kapitan Ruchu Chorzów, kopie teraz piłkę pod Tatrami. - Kiedyś nie dostrzegałem piękna polskich gór. Teraz, gdy spędzam tutaj więcej czasu, to czasami nie mogę się napatrzeć - mówi. 
Marcin Malinowski
GRZEGORZ CELEJEWSKI

Marcin Malinowski przez lata kariery nigdy nie ruszył się ze Śląska. Grał w ROW-ie Rybnik, Gwarku Zabrze, Polonii Bytom, Odrze Wodzisław i Ruchu Chorzów. Z niebieskimi pożegnał się po zakończeniu poprzedniego sezonu i nieoczekiwanie zdecydował się na grę w trzecioligowym Porońcu Poronin, w którym występuje m.in. była gwiazda polskiej piłki Maciej Żurawski, a także znani ze śląskich klubów ekstraklasy Dawid Bartos, Piotr Madejski czy Janusz Wolański. Niestety, trafił na zły czas dla drużyny z Podhala. Małopolskie media informują o problemach finansowych klubu, z którym pożegnał się niedawno trener Przemysław Cecherz. Niewykluczone, że do domu wkrótce wróci również Malinowski.

Wojciech Todur: Kibice Ruchu Chorzów piszą w internecie "Malina wróć!"

Marcin Malinowski: To miłe. Życie toczy się jednak dalej i do pewnych spraw powrotu już nie ma. To już było... A co się właściwie dzieje?

Michał Helik kontuzjowany, Rafał Grodzicki pauzuje za kartki. Nie ma kto grać na stoperze w najbliższym meczu z Lechem Poznań.

- Jest przecież Marek Szyndrowski.

Też pauzuje za kartki.

- No to rzeczywiście trochę dużo tych strat. Trener Waldemar Fornalik na pewno ma jednak plan, jak temu zaradzić.

Ten plan to gra dwójką Michał Koj - Mateusz Cichocki, którzy jednak dopiero uczą się ligowej piłki.

- Jeżeli są w kadrze ekstraklasowej drużyny, to przecież nie po to, żeby ładnie wyglądać na zdjęciach. Każdy był kiedyś młody i potrzebował czasu na naukę. Przychodzi jednak taka chwila, gdy trzeba wziąć odpowiedzialność za losy drużyny. Dla tej dwójki to jest właśnie ten moment. Zarówno Koj, jak i Cichocki grali w tym sezonie u boku Rafała Grodzickiego. Razem pracują na treningach. To musi zaprocentować. Czasami jest tak, że to co z pozoru wydaje się słabością drużyny, na boisku przekuwa się w atut. Dwóch młodych, ambitnych stoperów może być właśnie takim atutem.

A młody Malinowski od kogo się uczył?

- Na stoperze w lidze zacząłem grać w Odrze Wodzisław. To były czasy, gdy nie grało się dwójką na środku. Nie było więc na kogo liczyć, czy ewentualnie podzielić się winą po stracie bramki. Było dwóch obrońców kryjących i ja na środku - do asekuracji. Od kogo ja się uczyłem? Na pewno od Piotra Jegora, wtedy już doświadczonego ligowca.

To pewnie te mocne strzały z dystansu też pan u niego podpatrzył.

- Piotrek miał kopyto, więc było się od kogo uczyć. Krótko, bo krótko, ale grałem też razem z Ryśkiem Wieczorkiem, ale przede wszystkim z Mirkiem Szwargą. Byłem pod wielkim wrażeniem jego gry.

Dlaczego?

- W pewnym momencie to był na boisku prawdziwy profesor. Zachodziłem w głowę, jak tej klasy piłkarz może grać tylko w Odrze. Dlaczego nie upominają się o niego lepsze kluby? Może to jego zaawansowany już wtedy wiek był przeszkodą?

Stwórz własną drużynę i WYGRAJ LIGĘ!

Teraz to pan jest tym, od kogo uczą się inni. Jak to wygląda w Poroninie? Wasze wyniki raczej rozczarowują.

- Nawet nie chcę o tym mówić. Jesteśmy na miejscach spadkowych, a plany były zdecydowanie inne. Gdy ma się w kadrze kilku doświadczonych ligowców, że wspomnę tylko Maćka Żurawskiego, a przegrywa się tak często jak my, to coś jest nie tak. Teraz z klubem pożegnał się trener Przemysław Cecherz, który przeniósł się do Rakowa Częstochowa. Do końca rundy zostało kilka spotkań, więc mam nadzieję, że jeszcze trochę punktów zdobędziemy i przezimujemy w lepszych humorach.

Generalnie to więcej czasu spędza pan w Poroninie, czy na Śląsku?

- Różnie z tym bywa. W ostatniej kolejce nie grałem w powodu żółtych kartek, więc od kilku dni jestem w domu. Bywa, że spędzam pod Tatrami kilka dni, ale są i okresy, gdy trenuję w Wodzisławiu.

Sam?

- Sam, ale myślę o tym, żeby dołączyć do jakiejś drużyny. Kolegów wokoło przecież nie brakuje.

Codzienne dojazdy do Poronina raczej nie wchodzą w rachubę.

- Zdecydowanie nie. To ponad 400 kilometrów w obie strony. Na szczęście nie muszę pokonywać tej drogi sam. Podróżuję razem z Patrykiem Królczykiem, młodym bramkarzem, który pochodzi z Rydułtów.

Dawid Bartos, kolejny Ślązak w barwach Porońca, do Chorzowa po meczach nie wraca?

- Dawid ożenił się i osiadł w Poroninie na stałe. Jest kapitanem drużyny. Niestety, w ostatnim meczu doznał poważnej kontuzji kolana i czeka go operacja. Konieczny jest zabieg rekonstrukcji więzadeł i zespolenia kości.

Brzmi poważnie. Wróci jeszcze na boisko?

- Gdy rozmawialiśmy zaraz po tym, jak to się stało, to Dawid był w bardzo złym nastroju i mówił, że to już koniec. Powtarzałem mu, że nie po takich urazach wraca się teraz do gry. Sam też zmagałem się kontuzjami, więc wiem, że nie jest łatwo. Potrzeba wiele samozaparcia i wsparcia otoczenia, żeby sobie z tym poradzić. Dawid ma 36 lat, więc niemało. W trzeciej lidze może jednak jeszcze spokojnie kilka lat pograć. Wierzę, że tak to się właśnie skończy.

W niższych liga powodem kontuzji często jest również fatalny stan boisk.

- Nie wygląda to za dobrze. Wiadomo, że jak się jedzie na mecze z rezerwami Wisły Kraków, czy Korony Kielce, to nie ma na co narzekać, bo jest dywan. Są jednak takie murawy, że człowiek łapie się za głowę i pyta, jak na tym można grać?! Tak było chociażby w Chabówce, gdzie chłopaki śmiali się, że na takie boisko nie wypuściliby nawet krów. Dziura na dziurze. Niestety, w samym Poroninie boisko też do najlepszych nie należy.

Zdarzyły się panu z tego powodu kiksy, które kosztowały was stratę goli i punktów?

- Były wpadki, gdy piłka odbijała się wbrew prawom fizyki, ale na szczęście bez poważnych konsekwencji.

Ale w sumie to chyba miło się gra się pod samiuśkimi Tatrami?

- A pewnie, że miło. Kiedyś nie dostrzegałem piękna polskich gór. Teraz, gdy spędzam tutaj więcej czasu, to nie mogę się na nie napatrzeć.

Więcej o: