Tomasz Muchiński o Widzewie: "W jego grze brakuje polotu i szybkości"

- W lidze wszyscy czekają, aż Widzew zacznie budować akcje od tyłu, przez drugą linię. Wtedy łatwo o kontrę, bo drużyna jest rozciągnięta - mówi Tomasz Muchiński, trener Jutrzenki Warta, która pokonała Widzew 2:0

ROZMOWA Z

TOMASZEM MUCHIŃSKIM

trenerem Jutrzenki Warta, dwukrotnym mistrzem Polski z Widzewem

Jarosław Bińczyk: Jak to się stało, że zamiast prowadzić Widzew, wylądowałeś w małej Jutrzence Warta?

Tomasz Muchiński: Człowiek idzie ta, gdzie go chcą. Zgłosił się do mnie prezes Jutrzenki i zaproponował pracę. Nazywa się Zbigniew Zakrzewski, tak jak były piłkarz. A że po odejściu z Wisły Kraków siedziałem w domu, pomyślałem, że dlaczego moja wiedza ma się marnować. Obejrzałem Jutrzenkę w jednym meczu i po nim doszliśmy do porozumienia.

Przeskok z ekstraklasy do IV ligi jest chyba ogromny?

- Przede wszystkim organizacyjny, bo do podejścia chłopaków nie mam żadnych zastrzeżeń. Chce im się pracować, choć spotykamy się tylko trzy razy w tygodniu. Można by częściej, ale wtedy jest problem z frekwencją: raz przyjdzie czterech, innym razem pięciu. Dlatego postanowiliśmy zmniejszyć częstotliwość zajęć. Na początku miałem 18 zawodników, ale jeden odszedł, ponieważ nie był w stanie pogodzić treningów z nauką na uczelni. Musiałem też zweryfikować swoje oczekiwania, ponieważ sami są sobie masażystami, sami dbają o odnowę biologiczną.

A jaki jest poziom ligi?

- Nie widziałem jeszcze wszystkich zespołów, ale na razie mam wrażenie, że nie jest najwyższy. Gra opiera się na dwóch, trzech niezłych piłkarzach, a reszta jest tylko uzupełnieniem. Stąd taktyka polegająca na nietraceniu bramek, a wtedy można coś strzelić. Trzeba dużo pracować nad techniką użytkową, a ilość treningów zastępować jakością. Często są to podstawowe rzeczy, jak przyjęcie piłki z odejściem, z obrotem, ze zmianą kierunku biegu, dośrodkowania. Mniej zajmujemy się siłą, a więcej ćwiczymy z piłkami. Od czegoś trzeba zacząć, a na razie się to sprawdza. A że kondycji moim zawodnikom wystarcza, idziemy do przodu. Mam kilku zawodników, którzy grali w wyższych ligach. To m.in. Stefan Potocki, który ma za sobą występy w ŁKS. On z Widzewem wywalczył karnego. Tak samo Adam Konieczny, który strzelił gola, jest Rafał Różycki, którego pamiętam z Korony Kielce.

Przejdźmy do Widzewa, kandydata do awansu, który ograłeś dość łatwo. Czy łódzka drużyna zaskoczyła cię w jakiś sposób?

- Generalnie nie, bo wszyscy o nim wszystko wiedzą. Piszą o nim w prasie, mecz można oglądać w internecie. Dlatego wiedziałem, że do 30. metra drużyna ma inicjatywę, ale później brakuje im polotu i szybkości. Gra w tym samym tempie. A przy przeciwnikach murujących bramkę w ten sposób ciężko jest coś zrobić. Osobna sprawa to skuteczność. W sobotę Widzew miał chyba więcej okazji niż my, ale nie wykorzystał żadnej.

Czy to presja?

- W Widzewie nie ma nieważnych meczów, więc jest i presja. Patrząc z boku na łódzką drużynę, od razu widać, że drużynę można zbudować wokół takich zawodników jak Prince Okachi, Adrian Budka, Wlado Bednar. Oni mają ciągnąć grę, a pozostali powinni dołożyć, ambicję, wolę walki. Nie czekać jednak, co zrobią liderzy, lecz starać się im pomagać. Jeśli Widzew chce awansować, to już teraz powinien mieć piłkarzy o co najmniej trzecioligowych umiejętnościach. Z gorszymi się nie uda, co widać teraz po wynikach. Młodych potrzeba dwóch, bo takie są przepisy. Uważam, że obecnie tej drużyny nie stać na kreowanie gry, bo może się sparzyć. Wszyscy tylko czekają na to, że Widzew będzie budował akcje od tyłu, przez drugą linię. Wtedy łatwo skontrować, bo drużyna jest rozciągnięta. Lepiej nastawić się na walkę, szybko odbiór i błyskawiczne zdobywanie terenu na bokach. Inaczej jest walenie głową w mur. Trzeba stawiać na mocne punkty, a nie szukać innych pomysłów. Lepsze jest wrogiem dobrego. Zaznaczam, że to jest tylko moje zdanie.

A jakie mocne punkty może mieć Widzew?

- Na przykład Adriana Budkę. Ale nie powinno się rzucać go z prawej na lewą stronę i na odwrót, bo to prawoskrzydłowy. Nie wiem, czy pomysł z Bednarem na stoperze jest dobry. Niech się realizuje na boku, gdzie czuje się najlepiej. Najlepiej na lewej stronie, bo zauważyłem, że w tej drużynie nie ma zawodników lewonożnych. Jest może jeden, a ja w Jutrzence mam chyba czterech. W meczu z nami Widzew praktycznie nie atakował skrzydłami, pchał się środkiem albo zagrywał długie podania do Zielińskiego. On jest bardzo solidnym napastnikiem, jak na czwartą ligę. Gola nam nie strzelił, choć sytuację miał. Większość jednak po indywidualnych akcjach.

Ile drużyn z czołówki IV ligi widziałeś już na żywo?

- Dopiero czekają mnie spotkania z Omegą Kleszczów i Paradyżem. Jutrzenka przegrała z rezerwami GKS Bełchatów, ale mnie nie było wtedy jeszcze w klubie. Przegrała 0:2. Widziałem Bełchatów w transmisji z Widzewem. To zespół, który długo ze sobą jest, piłkarze są wybiegani.

Dlaczego nie trafiłeś do Widzewa?

- Bo mnie nie chcieli, choć jestem na zawsze związany z tą czerwoną częścią Łodzi, a Widzew jest mi bardzo bliski. Na pytanie, czy to dla mnie wyjątkowy mecz, odpowiedziałem, że nie. To ten klub jest dla mnie wyjątkowym miejscem. Mam nadzieję, że jeszcze ktoś z działaczy sobie o mnie przypomni. Powiem tylko, że będę pomagał w szkoleniu bramkarzy. Zaproponowano mi to dwa tygodnie temu i się zgodziłem. Ale postawiłem warunek, że dopiero po meczu z Jutrzenką. Jak już mówiłem, teraz pracuję trzy razy w tygodniu, dlatego w pozostałe dni mogę poświęcić czas Widzewowi. Mój prezes się zgodził. Rozmawiałem też z trenerem Marcinem Płuską i doszliśmy do porozumienia.

Widzew ma jeszcze szanse na awans? Do lidera traci już dziewięć punktów.

- Można oczywiście mówić o zakasaniu rękawów, ale to nie wystarczy. Piłkarze cały czas się starają, bo wymagają tego od nich kibice, których po kilkuset jeździ na mecze. Trzeba znaleźć pomysł na grę. Może nie silić się na tiki-takę czy inną, ale spróbować prostszymi środkami. W meczu z nami zauważyłem u widzewiaków brak cwaniactwa. Mam wrażenie, że to efekt braku doświadczenia. To my szukaliśmy fauli, wybijaliśmy rywali z uderzenia, staraliśmy się odbierać piłkę na ich połowie. Zabrakło Budki i załamała się ofensywa. Rzuca się też w oczy słabość stałych fragmentów gry. Jest tylko Michał Czaplarski, który uderza na siłę. Do końca rundy jest jeszcze sześć kolejek, a więc można zdobyć 18 punktów. A zimą konieczne są wzmocnienia.

Więcej o: