Górnik Zabrze. Robert Warzycha: Wypowiedzenie otrzymałem już 1 lipca. To był jasny sygnał [ROZMOWA]

- Nie prosiłem o piłkarzy, którzy stworzyliby płacowe kominy. Jeśli sprawa rozbija się o 500 czy 1000 euro, to tak naprawdę nie chodzi o finanse - mówi Robert Warzycha, były trener Górnika Zabrze.

Stwórz własną drużynę i WYGRAJ LIGĘ!

W sierpniu trenerzy Górnika Zabrze Robert Warzycha i Józef Dankowski zostali zwolnieni, a w ich miejsce pojawił się Leszek Ojrzyński. W rozmowie ze SLASK.SPORT.PL Warzycha analizuje swoją pracę w Zabrzu. - Najwięcej pretensji mam do siebie, bo nie potrafiłem przekonać osób decyzyjnych o konieczności wzmocnienia zespołu - mówi.

Kamil Kwaśniewski: Mówimy "były trener Górnika", choć pana umowa z klubem wciąż obowiązuje.

Robert Warzycha: Górnik zwolnił mnie tylko z wykonywania obowiązków, kontrakt mam do końca roku. Rozmawiałem z prezesem o warunkach jego rozwiązania i wszystko wydaje się być załatwione.

Tak naprawdę wypowiedzenie otrzymał pan już dawno temu.

- 1 lipca, tuż przed wyjazdem na obóz. To był jasny sygnał, że za moment w Górniku może mnie już nie być. I myślę, że to dlatego nic nie wyszło ze wzmocnień, o które prosiłem zarząd. Nie sprowadza się przecież zawodników dla trenera, któremu za moment podziękuje się za pracę.

Nie zaczął się pan zastanawiać, czy samemu nie odejść?

- Nie mogłem zostawić drużyny. Po prostu pracowałem dalej.

Jakie były pana relacje z Małgorzatą Mańką-Szulik, prezydent Zabrza?

- Takie, jakie ma się z właścicielem klubu. Jak są wyniki, to jest dobrze. Jak ich nie ma, to człowiek musi się tłumaczyć. Generalnie jednak te relacje były poprawne.

Kiedy zaczął pan tracić - jak to się ładnie mówi - pełne zaufanie klubu?

- Trudno powiedzieć. Myślę, że miałem inne spojrzenie na drużynę niż niektóre osoby w klubie. Moim obowiązkiem było informowanie ich o tym. A to wypowiedzenie stanowiło tylko potwierdzenie tej różnicy. Później klub nie był w stanie ściągnąć jednego zawodnika, drugiego. To dawało mocno do myślenia. Chociaż w tym momencie można o mnie powiedzieć właściwie wszystko. Że źle przygotowałem drużynę, że nie było atmosfery w zespole. Utarte slogany, które pojawiają się praktycznie przy każdej zmianie trenera. Prawda jest jednak taka, że na początku sezonu byliśmy bardzo blisko zwycięstw, mimo że trzy pierwsze mecze graliśmy na wyjazdach, startowaliśmy z minusowym punktem i wciąż nie mieliśmy prezesa. Z Wisłą powinniśmy wygrać, z Piastem zagraliśmy bardzo dobre spotkanie. Z Łęczną - owszem - pierwszą połowę mieliśmy słabą, ale w drugiej znów było dobrze.

Z Jagiellonią wyglądaliście już tragicznie.

- Jeśli jeden zawodnik pięć razy w meczu wychodzi sam na sam z naszym bramkarzem, to - rzeczywiście - można tak powiedzieć.

Powtarzał pan: "Potrzebujemy nowych piłkarzy". Co na to zarząd klubu?

- Wydawało się, że robi wszystko, co może, ale nie byłem o to w pełni spokojny. Po prostu wiedziałem, że klub jest zmuszony ciąć wydatki.

Michal Papadopulos z Zagłębia Lubin był podobno blisko.

- Ciekawy zawodnik, który mógłby regularnie strzelać dla nas bramki. Proszę spojrzeć - w meczu z Piastem mieliśmy 50 wrzutek, ale nie miał kto z nich korzystać. Piłkarz o takich parametrach jak Papadopulos nadawałby się więc idealnie. Poza nim była mowa o innych zawodnikach.

Z naszych informacji wynika, że jednym z nich był Willian, brazylijski napastnik Żyliny.

- Zawodnicy z ligi słowackiej dobrze się u nas sprawdzają - czego przykładem są Gergel, Grendel i Jeż - więc myślę, że gdyby transfer Williana doszedł do skutku, pozyskalibyśmy przydatnego piłkarza.

To może po prostu chciał pan graczy zbyt drogich?

- Nie prosiłem o takich, którzy stworzyliby płacowe kominy. Jeśli sprawa rozbija się o 500 czy 1000 euro, to tak naprawdę nie chodzi o finanse.

Co pan sobie pomyślał, kiedy zaraz po pańskim odejściu do Górnika trafiło sześciu nowych zawodników?

- Byłem z tego bardzo zadowolony, bo zespół wreszcie otrzymał pomoc, której potrzebował. Chociaż, nie ukrywam, część piłkarzy, którzy przyszli, też była mi proponowana.

To może trzeba było ich wziąć?

- Janota nie był dla mnie priorytetem, skoro na tej pozycji miałem Jeża, Madeja, Iwana i Cerimagicia. Korzym z kolei - owszem - jest dobrym napastnikiem, ale myślę, że Górnikowi bardziej przydałaby się wysoka "dziewiątka". Jeśli jednak wiedziałbym, że nie będzie możliwości sprowadzenia innych zawodników, to wziąłbym tych. Chodziło przecież o to, by uniknąć monotonii w zespole, dopuścić świeżą krew.

Kto chciał Sebastiana Przyrowskiego?

- Naszym pierwszym wyborem był Adam Stachowiak, ale nie dogadał się w sprawie kontraktu.

Aż prosiło się, by w końcówce zeszłego sezonu szansę otrzymał młody Mateusz Kuchta, też bramkarz. Górnik nie grał już przecież o nic...

- Wydawało się nam, że Kuchta nie był jeszcze gotowy. Jest bardzo utalentowanym bramkarzem, ale nie zrobił takich postępów, jakich oczekiwaliśmy.

Mimo wszystko, wystawiając go, mogliście znacznie więcej zyskać niż stracić.

- Patrząc na to z perspektywy czasu - rzeczywiście, trzeba było dać mu szansę. Może to powstrzymałoby decyzje, które podjęliśmy później? W tym wypożyczenie Mateusza do GKS-u Katowice.

Co z Dawidem Plizgą? Nie dostał od pana poważnej szansy.

- Drużyna wygrywała, więc nie było potrzeby niczego zmieniać. Na tej pozycji świetnie dawali sobie radę Madej i Jeż. Mało tego. Ten pierwszy grał jeden z najlepszych sezonów w karierze. W tym samym czasie Dawid złapał kontuzję ramienia, a kiedy się wyleczył, uznał, że chce grać regularnie. W Górniku nie miał takiej gwarancji, więc zgodziłem się na jego wypożyczenie do Niecieczy.

Idźmy dalej. Latem dostał pan nowego obrońcę w osobie Bartosza Kopacza.

- Dobry chłopak. Liczyłem na niego, chociaż powtarzałem, że to bardziej uzupełnienie, niż wzmocnienie składu. Pamiętajmy, że wcześniej grał tylko w pierwszej lidze. A my potrzebowaliśmy zawodnika formatu Błażeja Augustyna, który tę obronę by uporządkował.

Augustyn wiosnę miał fatalną.

- Popełniał błędy, jak każdy zawodnik. Potrafił jednak pokierować obroną tak umiejętnie, że wiosną przegraliśmy tylko dwa mecze. To był nieporównywalnie lepszy wynik niż rok wcześniej - zamiast 4 punktów zdobyliśmy 15. Generalnie zależało mi na stoperze, któremu nie brakowałoby szybkości. Potrzebę sprowadzenia kogoś takiego widać było zwłaszcza w meczu z Jagiellonią. Grzelczak uciekał nam jak chciał.

Wielu ludzi rzeczywiście powie, że to dowód na to słabe przygotowanie fizyczne.

- Pracowaliśmy tak samo jak rok wcześniej, kładąc przy tym nacisk na grę w defensywie. Podczas przedsezonowego obozu wyglądało to naprawdę dobrze, byliśmy świetnie zorganizowani.

Pod koniec pana pracy kibice wydali oświadczenie, w którym informowali o złej atmosferze w szatni.

- Myślę, że tamto oświadczenie to bardziej sprawa - że tak powiem - polityczna. Wszyscy zdają sobie sprawę, że przez wiele miesięcy sytuacja finansowa klubu była bardzo trudna, brakowało transferów wartościowych zawodników.

Zraził się pan do Górnika?

- Nie. Zawsze będę mu kibicował. Poza tym jestem bardzo wdzięczny, że klub, który czternaście razy był mistrzem Polski, dał mi szansę pracy. Najwięcej pretensji mam do siebie, bo nie potrafiłem przekonać osób decyzyjnych o konieczności wzmocnienia zespołu.

Na meczach jednak pan nie bywa.

- I myślę, że jeszcze przez jakiś czas się nie pojawię. Z szacunku dla nowego sztabu szkoleniowego.

Chce pan nadal pracować w Polsce?

- Oczywiście. Czy to na Śląsku, czy w zupełnie innym regionie. Dla mnie przeprowadzka to żaden problem. Zwłaszcza że w moim życiu często musiałem otwierać się na nowe rzeczy. Gdzie bym nie pojechał - do Anglii, na Węgry, do Stanów Zjednoczonych - wszędzie musiałem nauczyć się języka. Ba, nawet wracając do Polski, bo początkowo zdarzało się, że brakowało mi jakichś słów (śmiech).

Więcej o: