Lech Poznań - Ruch Chorzów 1:0. Jest bramka i zwycięstwo! Jest awans do ćwierćfinału!

Jeden mecz, w którym strzelimy gola... jeden, w którym będziemy prowadzili i przełamiemy się - prosili los piłkarze Lecha Poznań. W meczu Pucharu Polski z Ruchem Chorzów strzelili tę jedną bramkę, wygrali 1:0 i są w ćwierćfinale, gdzie czeka już Zagłębie Lubin

Niemoc Lecha Poznań tej jesieni przywodziła na myśl niemiecki zespół Borussia Mönchengladbach, który po tak udanym poprzednim sezonie totalnie się zapowietrzył i teraz nie był w stanie wygrać meczu. W tę środę jednak (po odejściu trenera) się przełamał, pokazując, że musi być przecież gdzieś kres złej passy. Na podobną historię liczył Lech, na to, że musi w końcu przyjść mecz, w którym poznaniacy zwyciężą. Albo chociaż będą prowadzili. A gdy się to już stanie, koszmary znikną.

Mimo apeli grup kibicowskich i kapitana Lecha Łukasza Trałki (kontuzjowany nie grał w tym meczu) na mecz Pucharu Polski, czyli bardzo ważny, nie przyszło wielu widzów - 11 273, czyli nieco ponad 3 tysiące więcej niż ostatnio na Belenenses Lizbona w Lidze Europejskiej. To znak, że choć wszyscy już mają dosyć tego kryzysu w Lechu, nie wystarczy tylko zaapelować, by stadion się zapełnił.

Lech dołożył do tego apelu grę dość podobną do kilku poprzednich meczów na swoim stadionie. Poznaniacy ruszyli na wycofany i kurczowo broniący się Ruch i bez większego trudu stworzyli kilka stuprocentowych okazji bramkowych. Tak jak łatwo je tworzyli, tak też łatwo marnowali. W pierwszym kwadransie w jednej akcji Dawid Kownacki pod bramką i Dariusz Formella z boku pola karnego mieli czyste okazje bramkowe. I nic. Za chwilę Szymon Pawłowski uderzył na bramkę z dogodnej pozycji, też nie trafił.

Dawid Kownacki w rajdzie na bramkę Ruchu po podaniu od Szymona Pawłowskiego znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem z Chorzowa i posłał piłkę obok słupka. Największe rozczarowanie pod bramką przyniósł jednak chyba zmieniony w przerwie Kasper Hämäläinen, który w idealnej sytuacji podał raczej piłkę do bramkarza, niż strzelił.

Już po samych tych sytuacjach łatwo się zorientować, jak wielka była przewaga Lecha i jak wysoko mógłby prowadzić z chorzowianami, gdyby miał w sobie nieco skuteczności. Ruch ułatwiał mu zadanie. Nie tylko się cofał, ale i zostawiał spore luki, w które poznaniacy łatwo wbiegali. Szymon Pawłowski wielokrotnie na lewym skrzydle dostawał piłkę na linii spalonego, wyprowadzając rywali w pole (raz sędzia Marcin Borski nawet cofnął swą decyzję o spalonym). Mógł wtedy albo próbować rozerwać tę część obrony Ruchu, albo dośrodkować.

Największym zaskoczeniem meczu była jednak postawa dwóch afrykańskich graczy Lecha. Abdul Aziz Tetteh z Ghany grał na pozycji defensywnego pomocnika w miejsce Łukasza Trałki czy Dariusza Dudki i radził sobie wyśmienicie. Do przerwy był pewnym punktem, najlepszym graczem na boisku. Kebba Ceesay, znany dotąd głównie z zaciągania hamulca ręcznego i podań do tyłu, bez jakichkolwiek zdolności do kreowania gry, tym razem był bardzo aktywny. Wielokrotnie to od niego zaczynały się groźne akcje, a Gambijczyk kontrolował swój sektor boiska. Był bardzo aktywny i to on rozpoczął pod bramką Ruchu akcję, która w 51. minucie zakończyła się golem. Darko Jevtić dograł wtedy piłkę pod bramkę, a tam Rafał Grodzicki wbił ją do własnej bramki.

Stało się zatem to, na co Lech tak bardzo czekał. Na choćby jeden od dawna mecz, w którym obejmie prowadzenie i wreszcie wykorzysta sytuacje, które stwarza. Trzeba bowiem pamiętać, że to spotkanie przed przerwą układało się w scenariusz, który w Poznaniu kibice dobrze znają - gdy Lech przeważa, marnuje okazje, po czym to przeciwnik wbija gola i kończy się np. wynikiem 0:1. W końcówce pierwszej połowy chorzowianie nawet przeprowadzili zgodną z tym scenariuszem groźną akcję, po której Marcin Kamiński ratował Lecha wybiciem piłki dogrywanej przez Patryka Lipskiego na czystą pozycję do Mariusza Stępińskiego.

Wejście Darko Jevticia i jego akcja, samobójczy gol Rafała Grodzickiego zmieniał jednak wiele. Teraz Lech mógł się uspokoić, bo nie bił już głową w mur jak w wielu poprzednich meczach. Trener Maciej Skorża mógł nawet zacząć dokonywać pewnych oszczędności przed sobotnim ligowym meczem z Górnikiem Zabrze - zdjął Szymona Pawłowskiego, o którym sam mówił, że piłkarz ten potrzebuje co najmniej dwóch, trzech dni na regenerację po meczu. Na ostatnie 20 minut wszedł także Dariusz Dudka za Paulusa Arajuuriego.

Założenie, że Ruch jest tak słaby, iż nie jest w stanie wyrównać, nie było jednak pozbawione ryzyka. Rosjanin Roland Gigołajew w 58. minucie omal nie skorzystał z serii błędów obrony Lecha. Więcej, na szczęście dla poznaniaków goście ze Śląska nie byli w stanie skonstruować akcji. Marny, bardzo marny Ruch dość biernie poddawał się kolejnym akcjom Kolejorza. Gergo Lovrencsics miał dwie okazje, by podwyższyć wynik, ale nie zdołał tego zrobić. Podobnie jak Dariusz Formella na trzy minuty przed końcem. Lech wygrał i awansował do ćwierćfinału, w którym czeka go dwumecz z Zagłębiem Lubin (28 października, Lubin i 18 listopada, Poznań).

Zobacz wideo
Więcej o: