Ruch Chorzów - Legia Warszawa 1:4. Niebiescy rozstrzelani na urodziny stadionu na Cichej [ZDJĘCIA]

Ruch Chorzów szykował się na święto, a wyszła z tego stypa. Legia Warszawa zaczęła strzelać na Cichej już w 45. sekundzie gry.

Stwórz własną drużynę i WYGRAJ LIGĘ!

Ruch Chorzów zrobił wiele, żeby o jego meczu z Legią było głośno na całą Polskę. Pretekstem były 80. urodziny stadionu przy Cichej, które okazały się niewyczerpanym źródłem inspiracji.

Z okazji jubileuszu na chorzowski obiekt wróciła Omega, zegar, który służył Ruchowi jeszcze przed wojną. Piłkarze pierwszy raz w historii zagrali w górnośląskich, czyli żółto-niebieskich barwach.

Spiker godoł gwarą, a goście niebieskich - w tym prezes PZPN-u Zbigniew Boniek - łuskali słonecznik, który dostali w papierowych tytach.

Na stadionie rzeczywiście było barwnie i ciekawe. O prawdziwe atrakcje zadbali już jednak piłkarze. Wielu rzeczy spodziewalibyśmy się po piłkarzach Ruchu, ale na pewno nie tego, że pierwszego gola stracą już po 45 sekundach gry - jak na razie to najszybciej strzelony gol sezonu., a po 12 minutach Legia będzie prowadziła już 3:0! Ta sama Legia, która nie wygrała w lidze od pięciu spotkań.

To, co w pierwszych minutach grał w obronie Ruch, to był żart i kryminał jednocześnie.

Gdy Michał Kucharczyk ładował trzecią piłkę do bramki Ruchu, zrozpaczony trener Waldemar Fornalik złapał się za głowę. Po chwili krzyczał już na siedzącego na rezerwie Michała Koja, by zaczął się rozgrzewać.

Młody stoper miał zmienić Mateusza Cichockiego, który rozgrywał swój najgorszy mecz w niebieskich barwach. Cichocki, mistrz Polski w barwach Legii, ostatecznie ocalił jednak swoje miejsce na boisku.

Trzy ciosy warszawskich piłkarzy, o dziwo, nie powaliły Ruchu. Chorzowianie z czasem przypomnieli sobie, że nie siedzą w szatni, a walczą o ligowe punkty. Pomogła w tym fantastyczna akcja Kamila Mazka. O szybkich nogach tego skrzydłowego pisaliśmy już wiele razy. Tym razem jednak przebierał nimi tak szybko, jakby od tego zależało jego życie. Zostawił daleko w tyle Tomasza Brzyskiego, a piłką wyłożył Mariuszowi Stępińskiemu tak precyzyjnie, że grzechem byłoby nie strzelić. Po tym trafieniu niebiescy uwierzyli, że jeszcze nie wszystko stracone i jeszcze przed przerwą byli bliscy kontaktowego gola.

Nie poszli jednak za ciosem. Początek drugiej połowy był ospały i bezbarwny. Legia spokojnie i długo rozgrywała piłkę, a chorzowianie niewiele mogli na to poradzić. Dwie bramki różnicy dawały jeszcze nadzieję, że Ruch jakimś przedziwnym fortelem odwróci losy rywalizacji. Gdy jednak do bramki Matusa Putnocky'ego po raz kolejny trafił Aleksandar Prijović stało się jasne, że chorzowianie nie uczczą jubileuszu stadionu punktami.

Co jest bardziej prawdopodobne na koniec sezonu?
Więcej o: