Rozwój Katowice - Wisła Płock 2:1. Sensacja w Brynowie! Beniaminek ograł kandydata do awansu

Kto przypuszczał, że notujący serię siedmiu meczów bez wygranej Rozwój Katowice przełamie się akurat w spotkaniu z Wisłą Płock, wiceliderem tabeli? A jednak! Gospodarze mieli o tyle łatwiej, że po idiotycznej czerwonej kartce Wojciecha Łuczaka całą drugą połowę grali w przewadze.

Jesteś kibicem ze Śląska? Dołącz do nas na Fejsie! >>

- Możesz wszystko, jeśli bardzo tego chcesz! - piosenka, jaka popłynęła ze stadionowych głośników na kwadrans przed pierwszym gwizdkiem, pewnie nie trafiła tam przypadkowo. Trudno przecież oprzeć się wrażeniu, że nawet jak na skromne możliwości kadrowe Rozwój stać na więcej, niż pokazał do tej pory. We wcześniejszych ośmiu spotkaniach ugrał ledwie cztery punkty...

W 12. minucie pojawiła się jednak nadzieja na to, że w sobotę swój dorobek niemal podwoi. Wtedy bowiem po faulu na Patryku Kunie sędzia wskazał na rzut karny, bardzo pewnie wykorzystany przez Łukasza Winiarczyka. Inna sprawa, że już kilka akcji później takiej samej okazji na zdobycie gola domagali się płocczanie. - Jeśli gwiżdżesz tamto, to jak możesz nie gwizdnąć tego?! - rzucił w stronę Marcina Szreka jeden z członków sztabu szkoleniowego Wisły. Ale arbiter uznał, że zagranie ręką obrońcy Rozwoju było jedynie przypadkowe. Choć większy problem dla gości stanowiło to, że na przypadkowe wyglądały... ich ataki. Jeden z głównych faworytów do awansu nie miał kompletnie żadnego pomysłu na to, jak zaskoczyć defensywę beniaminka. Właściwie każda z jego akcji kończyła się na 20. metrze od bramki Bartosza Solińskiego. I to wcale nie strzałem.

To dlatego tym, co w pierwszej połowie w wykonaniu Wisły rzuciło się w oczy najbardziej, było idiotyczne zachowanie Wojciecha Łuczaka. Ten, mając już na koncie żółtą kartkę, wdał się w niepotrzebny pojedynek z rywalem, stracił piłkę i chcąc ją odzyskać, sfaulował. W porządku, zdarza się. Sęk jednak w tym, że za swoje niepowodzenie były piłkarz Górnika Zabrze postanowił wyżyć się na piłce, ostentacyjnie rzucając nią o murawę. Zasłużona druga żółta kartka. Tym sposobem od 43. minuty ekipa z Płocka musiała radzić sobie w dziesiątkę. Wściekłości trenera Marcina Kaczmarka naprawdę trudno było się więc dziwić. A zaraz po przerwie nerwów było jeszcze więcej. Wszystko za sprawą sytuacji, po której to goście znów domagali się odgwizdania jedenastki za zagranie ręką w polu karnym. - To się w pale nie mieści! - tak brzmiała chyba jedyna kulturalna reakcja płockiej ławki. Pozostałych zacytować już nie wypada.

W 57. minucie Wisła pretensje mogła mieć tylko do samej siebie, bo choć kontra Rozwoju była naprawdę dobra, to przyjezdni nie zrobili praktycznie nic, by jej zapobiec. W nagrodę musieli oglądać, jak podwyższenie prowadzenia celebruje Kun. Ba, niespełna kwadrans potem kapitalną okazję miał Filip Kozłowski. Mogło być już po meczu, a to Wisła wróciła do gry - w 76. minucie głową piłkę w bramce umieścił Mikołaj Lebedyński. Zanosiło się więc na to, że końcówka będzie mocno "elektryczna". I rzeczywiście, zwłaszcza że w 87. minucie czerwoną kartką za faul taktyczny na Lukasie Kubusie ukarany został Robert Menzel. Wynik jednak już się nie zmienił. Wynik, który spokojnie możemy nazwać sensacją. Kto bowiem spodziewał się, że notująca serię siedmiu meczów bez wygranej drużyna z Brynowa przełamie się akurat w starciu z wiceliderem?

Najlepszy transfer lata to:
Więcej o: