Siłę pokazujemy na boisku. Wywiad z mistrzami świata kadetów w siatkówce

- Naszym sportowym marzeniem jest zdobycie medalu na igrzyskach olimpijskich i gra w Resovii - mówią mistrzowie Europy i mistrzowie świata kadetów, wychowankowie AKS-u Rzeszów Jakub Ziobrowski, Mateusz Masłowski i Łukasz Kozub.

Mają po 18 lat, są rzeszowianami. W kwietniu wraz z reprezentacją Polski zdobyli mistrzostwo Europy kadetów, w sierpniu w Argentynie zostali mistrzami świata, wygrali także Olimpijski Festiwal Młodzieży (EYOF) w Tbilisi. W żadnym z tych turniejów nie przegrali meczu!

Marcin Lew: Próbowaliście już płacić złotem, np. w taksówce?

Jakub Ziobrowski: Mieliśmy je oddać do lombardu, ale nie chcieli przyjąć.

Łukasz Kozub: Nie jechaliśmy jeszcze taksówką po tym mistrzostwie (śmiech ).

Który mecz w Argentynie był najtrudniejszy?

Ł.K.: Każdy, bo każdy był o stawkę. Na takich imprezach łatwych meczów nie ma. W finale z Argentyną, gdy przegrywaliśmy już 1:2, powiedzieliśmy sobie, że skoro wygraliśmy już około dwudziestu, to dlaczego ten ostatni ma być przegrany? Udało się podnieść.

Który z was był przywódcą, który was zebrał, krzyknął?

J.Z.: Chyba Mateusz był takim motywatorem, on brał całą drużynę w garść, motywował i pobudzał.

Ostatnie cztery miesiące to chyba wielki przewrót w waszym życiu.

J.Z.: Sporo się wydarzyło. Przed finałowym meczem siedzieliśmy z Mateuszem w pokoju i przypominaliśmy sobie, że jeszcze niedawno walczyliśmy o mistrzostwo Podkarpacia w dwójkach [w minisiatkówce - przyp. red.], a teraz przed nami finał mistrzostw świata kadetów.

Mateusz Masłowski: Przed mistrzostwami Europy sama kwalifikacja była dla nas sukcesem. A medal? To wydawało się nieprawdopodobne. Wygraliśmy jednak mistrzostwa Europy, później młodzieżowe igrzyska europejskie. Tutaj też wiedzieliśmy, że powalczymy o medal.

Wielu ekspertów zauważało, że jeśli nawet siatkarsko prezentujecie się słabiej, to jesteście w stanie wygrać z rywalami w sferze psychicznej. A wojenek chyba nie brakowało...

J.Z.: Chłopaki z Iranu wyszli przed szereg. W jednym z wywiadów powiedzieli, że już czekają na mecz z Polską. To się doczekali [w półfinale przegrali 1:3 - przyp. red.]. Siłę trzeba pokazać na boisku, a nie w wywiadach.

M.M.: My staramy się nie zajmować niczym innym, tylko siatkówką, sami nie prowokujemy, ale gdy ktoś zaczyna, nie pozostajemy dłużni.

Nie mieliście problemu z wymyśleniem "cieszynki" na mecz z Iranem. Doskonale parodiowaliście ich radość.

M.M.: Wiele osób nam mówiło, że te nasze "samoloty" to była doskonała odpowiedź na ich zaczepki. A wiadomo, lepiej się cieszyć na końcu niż na początku.

Macie po 18 lat, na koncie mistrzostwo Europy, mistrzostwo świata. Ale to dopiero początek drogi, kilkanaście lat gry przed wami.

J.Z.: Mamy taką nadzieję. Jeszcze nie jesteśmy mistrzami, jeszcze sporo pracy przed nami, by zaistnieć w seniorskiej siatkówce.

M.M.: Za chwilę wyjdziemy na ligowe boiska i nikt się przed nami nie położy, tylko będzie chciał pokazać, że jest od nas lepszy.

Stawiacie już sobie kolejne cele?

Ł.K.: Dla nas to chyba najważniejszy sezon, ostatni w gronie młodzieżowym. To czas, by się pokazać, wypromować do seniorskiej siatkówki. Koniec ciepłej posadki, trzeba walczyć o swoje.

Wszyscy zdecydowaliście, że jeszcze rok będziecie w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Spale. Nie kusiło was, żeby spróbować już powalczyć w PlusLidze? Nie mieliście propozycji?

M.M.: Kilku z nas miało różne propozycje, ale umówiliśmy się, że idziemy całą grupą. Jeśli jeden odchodzi, odchodzą wszyscy, w Spale zostajemy wszyscy.

J.Z.: Nie ma chyba lepszej opcji, by równocześnie chodzić do szkoły i grać w pierwszej lidze, a tak to mamy poukładane w Spale. Gdyby ktoś poszedł do zawodowego klubu, to pewnie zawaliłby szkołę.

Jakie macie teraz marzenia?

M.M.: Sportowym marzeniem jest zdobycie medalu na igrzyskach olimpijskich i gra w Resovii.

J.Z. i Ł.K.: Dokładnie tak.

Zapewne nie żałujecie kilku lat spędzonych z siatkówką, godzin treningów i wyrzeczeń, rozłąki z rodziną...

Ł.K.: Nie żałujemy. W tym roku mieliśmy 10 dni wakacji, ale to nic. Medale rekompensują wszystko.

Kto was namówił do siatkówki? Mateusza pewnie tata, który grał w Resovii.

M.M.: Nie do końca. Zaczynałem od tenisa i nieźle mi szło. Tato powiedział, żebym robił, co chcę, mama tak samo. Brat zabierał mnie na siatkówkę, grałem ze starszymi kolegami, na trzepaku, pod blokiem. Później trener wziął mnie z podstawówki i tak zostało.

Ł.K.: Ja od dzieciństwa interesowałem się sportem, trenowałem piłkę nożną, karate. Podczas mistrzostw świata w 2006 r. spodobała mi się siatkówka i postanowiliśmy z bratem, że pójdziemy na trening i od tamtej pory z hali nie wychodzimy.

J.Z.: U mnie tato próbował coś grać w siatkówkę, także brat próbował, ale nie poszedł do szkoły sportowej. Na początku wolałem jednak grać w piłkę. Ale gdy byłem w czwartej klasie i trener powiedział mi, że jak się wygra mistrzostwo Polski, to pojedzie się do Włoch, tak na mnie to podziałało, że chodziłem na treningi regularnie. Niestety nie wygraliśmy i było trochę płaczu...

Teraz dzięki siatkówce sporo pozwiedzaliście.

M.M.: O tak, ale teraz doceniamy Polskę i Rzeszów. Każdy, kto narzeka, niech wyjedzie na chwilę do Gruzji, Turcji, pomieszka tam i zobaczy. Nie ma lepszego miejsca do życia niż u nas.

Ł.K.: Nawet Niemcy i Frankfurt mają się nijak do tego, co mamy tutaj, w Rzeszowie.