Lukas Droppa: Śląsk nie zarabia na swoich najlepszych piłkarzach

W Śląsku chcieliby co pół roku pozyskiwać świetnych piłkarzy z kartą na ręku, czyli za darmo. To może się udać raz czy dwa, ale w taki sposób nie zbuduje się dobrego zespołu - mówi Lukas Droppa, były piłkarz Śląska Wrocław.

Znajdź nas na Facebook'u | Ćwierkamy też na Twitterze

Przemysław Mamczak: Marzył pan o hiszpańskiej Primera Division, a ostatecznie gra pan w lidze rumuńskiej - w Pandurii Targu Jiu.

Lukas Droppa: Rozegrałem już w barwach Pandurii cztery mecze. Z meczu na mecz gram coraz więcej, a w spotkaniu z CFR 1907 Cluj zaliczyłem asystę. W klubie są ze mnie zadowoleni, a więc wygląda to dobrze. Trochę bałem się tego powrotu po przerwie, ale wyszło pozytywnie. Liga rumuńska jest o poziom wyżej od polskiej, co pokazują rankingi. Z Rumunii sporo piłkarzy odchodzi na Zachód, ale także do Turcji czy Rosji, dla piłkarzy jest to niezłe okno wystawowe. Mamy dobry zespół, dobrego trenera i dla mnie to jest najważniejsze.

Miał pan trafić do Malagi i ten niedoszły transfer obrósł już niemal legendą. Zainteresowanie Malagi podobno wymyślił pana menedżer i trochę namieszał panu w głowie.

- Pojawiły się informacje, że Malaga to były plotki i mój menedżer wymyślił sobie tę historię. Zapewniam jednak, że to bajki. W styczniu w Śląsku czekaliśmy na rozwój wypadków, a agent dwa tygodnie przebywał w Hiszpanii, gdzie rozmawiał z działaczami tego klubu. Mam na piśmie oferty i ustalenia z tamtego okresu. Wszyscy w Śląsku też pytali, co z tą Malagą. Więc menedżer tego nie zmyślił. Jednak ostatecznie sprawa transferu do Hiszpanii upadła.

Podobno chciał pana sprowadzić Grasshoppers Zurych.

- Byłem bardzo zaskoczony tym, że nie trafiłem do Grasshoppers. Zimą przedstawiciele tego klubu chcieli mnie sprowadzić. Hiszpania to marzenie wszystkich piłkarzy, najwyższy światowy poziom, ale Szwajcaria to dla mnie był bardziej realny kierunek. Tego transferu żałowałem bardziej niż Malagi. Jednak prezes Śląska nie chciał mnie tam sprzedać. Ostatecznie odszedłem z wrocławskiego klubu za darmo.

Został pan w Śląsku, ale wiosną grał pan mało ze względu na kontuzję pleców. W Śląsku sugerowano, że symuluje pan uraz, aby nie grać i po sezonie odejść za darmo.

- Już dwa lata temu, gdy grałem jeszcze w Baniku Ostrawa, miałem podobny problem. Dopiero po miesiącu przerwy wszystko wróciło do normy. W Śląsku ból powrócił, a mimo to zamiast dać mi odpocząć, wystawiono mnie do meczu z Legią. Dostałem zastrzyk i choć czułem się źle, grałem do 71. minuty. Po tym meczu ból powrócił. Nie mogłem się ruszyć.

Ale podobno badania niczego nie wykazały.

- Nikt ze mną niczego nie robił. Zrobiono mi tylko rentgen, a co on mógł wykazać? Przecież nie miałem uszkodzonego kręgosłupa.

Żaden lekarz nie był w stanie panu pomóc?

- Fizjoterapeuta stwierdził, że są to problemy przeciążeniowe. Zalecił ćwiczenia oraz odpoczynek. W klubie znali tę diagnozę, wiedzieli, że nie udaję. Nie rozumiem, skąd pojawiały się plotki o tym, że udaję.

Kilkaset tysięcy wyrzuconych w błoto: Zobacz ile Śląsk płaci za ekscesy kiboli

Liczono panu minuty gry, których ze względu na zapis w kontrakcie brakowało Śląskowi do automatycznego przedłużenia kontraktu.

- Ktoś ze Śląska przekazał taką informację dziennikarzom z wyliczeniami minut i szczegółami mojego kontraktu. Klub nie powinien ujawniać szczegółów kontraktu. Ale kontakty prezesa Śląska z niektórymi dziennikarzami tworzyły klubowi duży komfort. Śląsk może bezkarnie wypuszczać informacje, które są w jego interesie, a jednocześnie często były nieprawdziwe. Kibice wszystko to czytają i myślą, że to prawda. A zawodnik nie może tego sprostować, bo za takie wypowiedzi grożą mu duże kary czy odsunięcie od zespołu.

Był pan jednym z ulubieńców trenera Pawłowskiego, ale i on zakwestionował sprawę pańskiej kontuzji.

- Trener Pawłowski wierzył mi do pewnego momentu. Jednak pod koniec mojej przygody ze Śląskiem szkoleniowiec zwątpił i posłuchał innych ludzi. Szkoda, bo zawsze miałem z nim fantastyczny kontakt. To trener, któremu chcę podziękować za to, że miałem okazję z nim współpracować. Wspaniały człowiek, profesjonalista. Szkoda, że tak sprawy się potoczyły, bo chciałbym kiedyś znów trafić do klubu, w którym jest on trenerem. Usiąść z nim, porozmawiać i wypić kawę. Chciałbym mu za wszystko podziękować.

Czy myślał pan, że na dłużej może pozostać piłkarzem Śląska?

- Oczywiście. Ale nikt ze Śląska nie rozmawiał ze mną nigdy na temat nowego kontraktu. Nie otrzymałem żadnej propozycji, nie zaproponowano mi nawet złotówki więcej w porównaniu do pierwszej umowy, gdy przyszedłem do klubu za darmo. Chciałem zostać w Śląsku, bo bardzo dobrze się czułem we Wrocławiu. Czekałem jednak na jakąś propozycję, ale się nie doczekałem. Obecnie w podobnej sytuacji jest Robert Pich.

Z Pichem szefowie Śląska już rozmawiają o nowym kontrakcie.

- Robert to najlepszy piłkarz drużyny, a jego kontrakt kończy się za cztery miesiące. Zawodnik w takiej formie jak Pich może przebierać w ofertach i nie rozumiem, dlaczego Śląsk wcześniej nie rozpoczął z nim rozmów o nowym kontrakcie. Przecież za chwilę on będzie mógł odejść za darmo! Rozumiem, gdyby chodziło o kogoś innego, ale to najlepszy piłkarz, co potwierdza od początku sezonu. Coś z tym klubem jest nie tak, gdyż takie dziwne sytuacje możliwe są chyba tylko w Śląsku.

Polityka transferowa Śląska jest problemem?

- Klub nie zarabia na swoich najlepszych piłkarzach. Nie wiem, dlaczego we Wrocławiu wolą dziwne przepychanki zamiast negocjacji. Przecież wystarczy dojść do porozumienia i obie strony mogą na tym zyskać. A w Śląsku chcieliby co pół roku pozyskiwać świetnych piłkarzy z kartą na ręku, czyli za darmo. To może się udać raz czy dwa, ale w taki sposób nie zbuduje się dobrego zespołu.

Dlaczego został pan wyrzucony ze Śląska? Badanie miało wykazać, że podczas treningu był pan pod wpływem alkoholu?

- Śląsk grał wieczorem mecz, ja nie wystąpiłem, bo zmagałem się wtedy z urazem. Wróciłem do domu po północy. Miałem urodziny i odwiedzili mnie rodzice. Zbiegło się to z operacją mojej dziewczyny, która wyszła ze szpitala. Na szczęście wszystko się udało. Przyznaję, że piłem z rodziną wino. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy i poszliśmy spać. Na drugi dzień rano mieliśmy trening i wykorzystano tę sytuację, aby pozbyć się mnie z klubu. Pewnie, że piłkarz nie może pozwolić sobie na alkohol, ale i w futbolu zdarzają się trenerzy, którzy po meczu w szatni mówią do swoich graczy: "Idźcie na miasto, wyszalejcie się, miłego wieczoru". U mnie o szaleństwie nie było mowy. Przez cały swój pobyt we Wrocławiu nigdy nie byłem w żadnych klubach.

Mieli pana dość w Śląsku?

- Myślę, że to była zagrywka działaczy. Nie chcieli, żeby Droppa odszedł z klubu za darmo, bo wtedy wszyscy pastwili się nad nimi, że klub stracił ileś tam tysięcy euro, które zimą mogli zarobić na moim transferze. Woleli, żeby pojawiła się informacja, że Droppa był pijany i trzeba go było wyrzucić. Równocześnie takimi informacjami mogli zaszkodzić mi w poszukiwaniach nowej drużyny. Zostałem przedstawiony w bardzo złym świetle, dlatego mówię o tym. Niech fani, którzy zawsze nas wspierali, poznają całą prawdę.

Więcej o: