Kraków ma nowego arbitra w ekstraklasie, to były piłkarz Wisły. "Chciałbym kiedyś posędziować derby"

- Mówię mu: "Sobol, wiem, że macie ciśnienie, ale nie opieprzaj mnie i nie podważaj moich decyzji" - rozmowa z sędzią Sebastianem Krasnym

Piotr Jawor: W poniedziałek poprowadził pan mecz Górnik Zabrze - Zagłębie Lubin. To pana drugie spotkanie w ekstraklasie. Od debiutu minęło półtora roku.

Sebastian Krasny: Tak, bo później miałem wpadki w I lidze. Chodziło głównie o mecze GKS-u Katowice, gdzie doszło do konfrontacji.

Mówiąc inaczej - piłkarze skoczyli sobie do gardeł?

- No tak, w meczu GKS - Dolcan Ząbki w awanturze brały udział nawet ławki rezerwowych. Były przepychanki, szarpanie, wyzwiska. Powinienem na to szybciej zareagować. Później było już trudno zapanować, bo gdybym wszedł w tę awanturę, to wypluliby mnie jak misia z ula. Dziś wideo z tego wydarzenia jest klipem szkoleniowym. Szkoda...

Do zawodników zwraca się pan oficjalnie czy na "ty"?

- Dam panu przykład poniedziałkowej rozmowy z Radkiem Sobolewskim. Podczas meczu miał do mnie o coś pretensje, więc mówię: "Sobol, wiem, że macie ciśnienie na wynik, ale nie opieprzaj mnie i nie podważaj moich decyzji. Nie jestem przeciwko wam i robię wszystko, by było OK". I było w porządku. Z kolei do Łukasza Madeja zwróciłem się "panie Łukaszu", na co odpowiedział: "Jestem Łukasz". Wszystko zależy od sytuacji, trzeba to czuć, bo szczególnie w niższych ligach piłkarze wrzeszczą: "A odkąd jesteśmy na ty?".

Zaczynam mecz ostrożnie, a jak widzę, że zawodnicy akceptują moje decyzje, to zaczynają się luźniejsze rozmowy. W poniedziałek Aleksander Kwiek objął mnie przed rzutem karnym i pyta: "A karteczki to nie można by jeszcze dać?". Kiedyś miałem też ostrą wymianę zdań z Przemysławem Trytką. Po meczu podszedł do mnie i mówi: "Ale to, co sobie powiedzieliśmy, zostaje na boisku, prawda?". I oczywiście o tym szybko zapomnieliśmy. Trochę grałem w piłkę, czuję ten klimat.

Dwa razy zdobył pan mistrzostwo Polski juniorów z Wisłą, którą prowadził Wojciech Stawowy.

- Tak, byłem bramkarzem, ale dopadła mnie kontuzja barku. Do tego nie zostałem obdarzony wzrostem (180 cm), a Iker Casillas czy Jorge Campos to wyjątki. Za Adama Nawałki i Oresta Lenczyka bywałem na treningach pierwszej drużyny, kiedyś obroniłem rzut karny Tomasza Frankowskiego i tego nikt mi nie zabierze (śmiech ). Gdzie nie pojadę, spotykam kogoś znajomego. W Zabrzu wszedł do naszego pokoju Bogdan Zając, serdecznie się przywitaliśmy. A podczas meczu mówię do Madeja: "Darek Zawadzki mówił, że do ciebie należy mówić na pan". Zdziwił się, skąd go znam [grali razem w Wiśle], zamieniliśmy parę zdań. Sympatycznie. Czasem mówię do znajomych piłkarzy, że chciałbym być na ich miejscu. Wszyscy odpowiadają: "A ja na twoim nie". Jako zawodnik byłem krewki, kłóciłem się z sędziami. Jak poszedłem na kurs, to powiedziałem sobie, że wszystkich poustawiam, i teraz muszę się z nimi mierzyć (śmiech ).

Utrzymuje się pan z sędziowania?

- Jestem też nauczycielem WF-u w szkole specjalnej w Skawinie oraz instruktorem pływania i narciarstwa. Sędziowanie na szczeblu centralnym daje gwarancję dbania o siebie: odżywki, treningi, trener personalny, odnowa biologiczna. Inne zajęcia zapewniają poczucie bezpieczeństwa na wypadek kontuzji. Na szczęście mam pracę ukierunkowaną na sport, nie siedzę 12 godzin przed komputerem czy nie muszę ciężko pracować na budowie. Chodzę również na lekcje języka angielskiego, bo na zagranicznych zgrupowaniach mamy wykłady w tym języku.

By dojść do ekstraklasy, trzeba zmierzyć się z meczami w klasie B. Tam ponoć bywa ciekawie?

- Kiedyś kibic do mnie krzyczał: "Skąd przyjechałeś?". Nie powinienem odpowiadać, ale coś mnie podkusiło i powiedziałem, że z Krakowa. Na to on: "Tak mi się właśnie wydawało, bo śmierdzisz, jakbyś gnój spod Smoka Wawelskiego wyrzucał".

Jak wygląda pana dzień?

- Pobudka o 5.50, 20 minut później trening. Trwa jakieś dwie godziny, do pracy chodzę na godz. 10 czy 11, więc mam jeszcze czas na samoocenę decyzji sędziowskich i prasówkę. Po południu odnowa, angielski i dzień się kończy.

Na rodzinę wiele czasu nie ma.

- To prawda. Powiedziałem kiedyś żonie, że ten mecz przegrała walkowerem. Żyję w takim trybie i nie da się tego zmienić.

Ponoć największym pana kibicem jest mama.

- To prawda, ale teraz dopinguje mnie z góry. Po meczu zawsze patrzę w niebo... Nie chcę przesadzać, ale była moim najwierniejszym kibicem. Znała się na piłce. Gdy grałem, narzekała na arbitrów, a jak sędziowałem, to zawsze czekała na mnie z kubkiem herbaty, nawet do 2 w nocy. Prała mi sprzęt, prasowała koszule. Część poniedziałkowego meczu dedykowałem właśnie jej. Wiem, że ogląda te spotkania. Bardzo mi jej brakuje.

Jakie są pańskie ambicje?

- Czekam, czy dostanę jeszcze mecz w ekstraklasie. Poprowadzę mecz młodzieżówek Polska - Szwecja, a marzę o derbach Krakowa.

Krakowianin? W tym mieście to nie przejdzie.

- Wszyscy tak mówią, ale to mój cel. I chciałbym poprowadzić to spotkanie w taki sposób, by móc spokojnie wypić z żoną kawę na Rynku. Wiem, że ktoś powie, że grałem kiedyś w Wiśle, ale np. w Proszowiance byłem masażystą Tomasza Siemieńca, kierownika Cracovii. Potrafiłbym być ponad to.

Więcej o: