Zbigniew Boniek: "Moja miłość do Widzewa była, jest i będzie"

Wydaje mi się, że pan Cacek jest na tyle rozsądnym człowiekiem, że zdaje sobie sprawę, jakie błędy popełniał. To inteligentny facet i na pewno wkrótce herb Widzewa sam przekaże nowemu stowarzyszeniu - mówi Zbigniew Boniek, najlepszy piłkarz w historii Widzewa, dziś prezes PZPN

Bartłomiej Derdzikowski: Widzew wygrał pierwszy mecz w czwartej lidze...

Zbigniew Boniek: Wygrał, ale w Widzewie muszą wiedzieć, że to będą bardzo trudne rozgrywki. To trochę takie piłkarskie błoto, przez które trzeba przejść. Dla każdego przeciwnika mecz z Widzewem będzie najważniejszym w rozgrywkach, każdy będzie się dodatkowo mobilizował. Przed łódzką drużyną więc 38 meczów o życie. Nie wiem, jak wygląda zespół Widzewa, czy w każdej formacji ma piłkarza wyższej kategorii, by to poukładać. Na pewno jednak potrzeba ogromnych chęci, walki, ambicji, zaciętości, ale i pokory. To czynniki, dzięki którym w piłkę można wygrywać.

Trzy punkty Widzew już ma...

- Ale w drugim gra w Zelowie, który swój mecz też wygrał. To nie będzie łatwa droga.

Widzę, że już pan śledzi rozgrywki.

- Mam dwie zasady jako prezes PZPN: muszę być dobrze poinformowany, a po drugie, nie mogę rzucać słów na wiatr. Po pierwszym meczu Widzewa powiedziałem, że jadę do Zelowa, to w Zelowie będę.

Jak ocenia pan sam fakt, że Widzew zaczął od zera, od czwartej ligi?

- To, że klub się odradza, to oczywiście pozytywna wiadomość. Chociaż pozostał na pewno pewien niedosyt, że Widzew nie przystąpił do drugoligowych rozgrywek, bo mógł to zrobić. Ale jest nowa grupa ambitnych ludzi, którzy chcą klubowi pomóc, którzy wzięli się za odbudowę, i to jest świetna sprawa. Widzew ma piękną tradycję i historię, a za rok będzie miał też piękny stadion. Znów zrobi się dla wielu ludzi z pieniędzmi czymś apetycznym, będzie przyciągał. A przecież kibiców ma w Polsce tysiące, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych klubów w kraju. Niedawno rozmawiałem z prezesem Legii Bogusławem Leśnodorskim i wie pan, co mi powiedział? Że w lidze najbardziej chciałby grać i wygrywać z Widzewem, bo to jest historia.

Powiedział pan, że pozostał niedosyt, bo Widzew nie przystąpił do drugoligowych rozgrywek. Naprawdę myśli pan, że spółka Sylwestra Cacka mogła jeszcze coś dobrego dla klubu zrobić?

- Gdy przychodziłem do Widzewa w 2004 roku, to klub był w podobnej sytuacji jak teraz. Gdybym wtedy się tu nie zjawił, to też by upadł. Ale miałem wobec tego klubu dług wdzięczności, kochałem go i kocham. Dlatego pomogłem i wyprowadziliśmy Widzew na prostą. Ale wtedy nie chciałem być właścicielem klubu. Zjawił się pan Cacek i wszyscy się cieszyliśmy, że jest ktoś, kto chce go prowadzić. A pan Cacek sprawiał wrażenie ambitnego człowieka sukcesu. Po ośmiu latach już wiemy coś innego... Brak pokory, niewykorzystywanie doświadczenia ludzi, którzy znają się na piłce... Wiele tych rzeczy było.

Więc chyba lepiej, że Widzew zaczął od zera?

- Widzew był przez lata chory i była to choroba, która musiała zakończyć się śmiercią. Dzisiaj jest coś nowego, jest entuzjazm i to jest bardzo fajne.

Podczas prezentacji nowej drużyny Widzewa odczytano pana list. To list wyjątkowo osobisty i emocjonalny. Nie pamiętam, by aż z taką czułością pisał lub mówił pan o łódzkim klubie.

- Gdy jako dzieciak przyjechałem z Bydgoszczy do Łodzi na Widzew z ojcem starym wartburgiem i zobaczyłem ten kurniczek, to coś poczułem... I od razu wiedziałem, że chcę tutaj zostać. A przecież miałem inne propozycje, m.in. z Lecha Poznań. Ale ja chciałem zostać w Widzewie. I gra w nim to najważniejszy etap nie tylko w mojej karierze, ale i w życiu. W Łodzi się ożeniłem, tutaj poznałem masę przyjaciół, z Widzewem graliśmy w europejskich pucharach i z Widzewa trafiłem do reprezentacji. Teraz jestem prezesem PZPN i wszystkie kluby muszę traktować równo, muszę poruszać się w obrębie prawa i regulaminów. Nie mogę nikogo wyróżniać. Ale swoje prywatne sympatie mogę mieć i mam. Miłość do Widzewa była, jest i będzie.

Widzew, który się odradza, nie ma historycznego herbu. Jest cały czas w spółce Sylwestra Cacka. To problem?

- Wydaje mi się, że pan Cacek jest na tyle rozsądnym człowiekiem, że zdaje sobie sprawę, jakie błędy popełniał. Dziś pewnie wiele rzeczy zrobiłby inaczej. Przygoda z Widzewem mu nie wyszła, ale to inteligentny facet i na pewno wkrótce ten herb sam przekaże nowemu stowarzyszeniu.

Trudno to sobie wyobrazić. W starym Widzewie zostały też grupy młodzieżowe...

- Tak, wiem o tym, ale my jako PZPN nie możemy pomóc, bo nie jesteśmy stroną w tej sprawie. Mam nadzieję, że to się wszystko rozwiąże z korzyścią dla tych chłopaków. To problem, ale pewnie będą pojawiać się kolejne. Gdy ja przychodziłem do Widzewa w 2004 roku, to na każdym kroku coś nowego wyskakiwało. Drużyna wyjechała na zgrupowanie, a ja musiałem pojechać za nimi z pieniędzmi, bo bez nich nie chcieli jej do hotelu wpuścić. Teraz też będzie 100 tys. problemów. Trzeba je będzie rozwiązywać. Ale wiele osób jest chętnych, by pomagać.

To co, widzimy się w Zelowie?

- Widzimy się w Zelowie.

Tylko żeby pan nie stremował trenera i piłkarzy. Już przez meczem z Zawiszą wyglądali na zdenerwowanych.

- Niech się przyzwyczajają do presji, bo grają w Widzewie. A dobry piłkarz niczego się nie boi. I niech zawodnicy zapamiętają widzewskie motto: "Droga do sukcesu wiedzie przez charakter, grupę, pracę, pracę, jeszcze raz pracę i pokorę. I każdy mecz trzeba grać na 100 proc."

Wejdzie pan do nich do szatni przed meczem?

- Nie ma mowy. Moja historia jest związana z Widzewem, moje serce dla niego bije, ale teraz jestem prezesem PZPN. Moja wizyta w szatni łódzkiej drużyny jest absolutnie niewskazana. Gdybym do niej wszedł, to musiałbym też wejść do szatni Włókniarza Zelów. Nie jestem w stanie źle życzyć Widzewowi, więc niech po prostu wygra lepszy

Więcej o: