Kamil Stachyra: Wolny dzień? Idę na siłownię

Atmosfera wielkiego święta. Telewizja, tłumy kibiców, a na boisku Juan Mata, Gerrard Pique, Marouane Fellaini czy Arda Turan. A wśród nich Kamil Stachyra, dziś piłkarz Motoru.

Mistrzostwa Europy do lat 19 w 2006 rozgrywane w Wielkopolsce to była pierwsza impreza tej rangi w naszym kraju. Na turnieju grała też reprezentacja Polski, a w kadrze był Kamil Stachyra. - Turniej dla nas był nieudany, bo odpadliśmy już w fazie grupowej. Miałem okazję zagrać epizody we wszystkich spotkaniach. To niesamowite wspomnienia. W pierwszym meczu z Austrią na trybunach było 16 tys. ludzi. Do tej pory nigdy nie grałem przed taką publicznością. I do tego ta otoczka. Wychodzisz z autobusu w garniturze, telewizja robiąca materiały. To nam, młodym chłopakom, imponowało - wspomina piłkarz.

Złe decyzje

Rok później dwudziestoletni wtedy Stachyra strzela swojego pierwszego i jak na razie jedynego gola w ekstraklasie. - "Burza z piorunami, która przez niespełna 10 minut szalała nad stadionem, zmieniła murawę w małe jeziorko. Oberwanie chmury nieoczekiwanie pomogło drużynie gospodarzy, którzy za sprawą Kamila Stachyry zdołali w końcówce strzelić honorową bramkę" - tak relacjonowaliśmy mecz zielono-czarnych z Groclinem Grodzisk Wielkopolski, który skończył się wynikiem 1:3. Później kariera młodego napastnika przyhamowała. - Podjąłem kilka złych decyzji. Jedną z nich było przejście do Górnika Łęczna. Sprowadzał mnie trener Dariusz Kubicki, chciał na mnie stawiać i dać szansę rozwoju. Niestety po dwóch kolejkach nastąpiła zmiana i przyszedł trener Krzysztof Chrobak. Nie znał młodych zawodników z regionu i interesowało go w Łęcznej tylko zrobienie wyniku. Mam żal do Górnika, że nie stawiają na młodych zawodników z regionu. Tak było ze mną czy Kamilem Oziemczukiem. Tak też było w zeszłym sezonie, gdy postawili na jakichś słabych zawodników z zagranicy, a przecież z tym szkoleniem młodzieży nie jest u nich najgorzej - komentuje.

Po nieudanym epizodzie w zielono-czarnych barwach napastnik wrócił do Motoru. - W międzyczasie udałem się na testy do Bochum. Załatwił mi to mój ówczesny menedżer Jarosław Kołakowski. Teraz wiem, że niepotrzebnie się z nim związałem. Menedżerowie robią wiele krzywdy zawodnikom. Kołakowski okłamał mnie, obiecywał złote góry, a rzeczywistość była brutalna. Byłem jednym z wielu w jego stajni. Jak złapałem kontuzję pleców na testach, to nagle przestał się mną interesować, a ja miałem rundę w Motorze z głowy - zaznaczał.

Fatalny uraz

Jego kariera jest naznaczona kontuzjami. Najpoważniejsza w 2013 roku, gdy zerwał więzadła krzyżowe. Co najgorsze, nie miał wtedy podpisanego kontraktu w żadnym klubie. Leczyć musiał się za swoje pieniądze. - Byłem wtedy na testach w Motorze. Trener Piotr Świerczewski nie widział mnie w klubie. Przytrafia się też ta fatalna kontuzja. Nikt mi nie pomógł. Klub się ode mnie odwrócił. Musiałem sprzedać samochód, żeby w ogóle móc się rehabilitować. Nie wspominam tego za dobrze, ale teraz w klubie są już inni ludzie - dodaje.

Mało kto wie, że Kamil stara się teraz podwójnie zabezpieczyć przed kontuzją. Oprócz normalnych treningów wzmacnia swoje mięśnie w siłowni. - Zacząłem to robić już u trenera Sawy, teraz za zgodną trenera Nowaka to kontynuuję. Nawet jak mamy wolny dzień, to idę na siłownię. Lepiej się po tym czuję. Mam już 28 lat. Może nie będę już wielkim piłkarzem, ale chcę swoją robotę wykonywać profesjonalnie - dodaje.

Jeden z liderów drużyny (13 bramek i 14 asyst w ostatnich rozgrywkach) miał wiele propozycji po tym sezonie. Mógł trafić do Radomiaka (II liga), pierwszoligowych Miedzi Legnica czy Pogoni Siedlce. Były też zapytania ze Stali Rzeszów. - Dobrze wspominam swój pobyt w Rzeszowie. Mam tam przyjaciół. Chcę jednak awansować z Motorem do wyższej ligi, bo taki klub zasługuje na minimum pierwszą ligę. Mamy piękny stadion w pięknym mieście, do tego z liczną grupą fantastycznych kibiców i coraz lepszą bazą treningową. Pod niektórymi względami jesteśmy nawet na poziomie ekstraklasy. Według mnie piłka na wysokim poziomie powinna wracać do dużych miast i mam nadzieję, że tak będzie w przypadku Lublina - przekonuje.

Presja? Każdy musi z nią żyć

Stachyra zdaje sobie sprawę z wielkich oczekiwań przed tym sezonem. Wie, że każdy inny wynik niż awans będzie uznany za porażkę. - Zrobimy wszystko, żeby awansować. Presja? Umówmy się, każdy musi z nią żyć. My na boisku tak samo jak ci, którzy na co dzień nie mają co do garnka włożyć. Takie jest życie. Na pewno dla nas motywacją będą również premie, które będą do podniesienia na boisku. Każdy będzie się mógł wykazać i zdobyć dodatkowe wynagrodzenie za wygrany mecz. - zaznacza.

Piłkarz myśli już o tym, co będzie robił po zakończeniu kariery. Do tej pory zdarzało mu się łączyć grę w piłkę z prowadzeniem własnej działalności. - W trzeciej lidze nie ma takich pieniędzy, żeby można było coś odłożyć. Dlatego pewnie będę starał się dorabiać. Jestem po fizjoterapii. Przyszłość z piłką ciężko wiązać, bo jak słyszę, że trenerzy dzieciaków zarabiają po 600 zł, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Fajnie by było, jakby ekstraklasowy Motor pamiętał o swoich byłych zawodnikach. Myślę, że mógłbym w klubie odpowiadać za promocję czy marketing. Znam klub, środowisko, ale najpierw chcę jeszcze pokazać coś na boisku.

DYSKUTUJ Z NAMI O LUBELSKIM SPORCIE NA FACEBOOKU