Zabrakło szczęścia. Śląsk Wrocław zremisował z Lechią Gdańsk

Śląsk Wrocław zagrał z Lechią Gdańsk dobre spotkanie, ale tylko zremisował. Gości od porażki kilkakrotnie uchronił bramkarz Marko Marić

Śląsk do pojedynku z Lechią przystąpił w najmocniejszym zestawieniu, w zespole gości natomiast dość niespodziewanie poza składem znalazł się Sebastian Mila. Wieloletni kapitan wrocławskiej drużyny cały mecz przesiedział na ławce rezerwowych. - Sebastian sam zdaje sobie sprawę z tego, że nie osiągnął jeszcze swojego najwyższego poziomu - tłumaczył absencję "Milowego" trener Lechii Jerzy Brzęczek.

Po nieudanym początku sezonu w wykonaniu gdańszczan faworytem wydawali się wrocławianie. Za Śląskiem przemawiała też historia, gdyż od prawie pięciu lat nie przegrał z Lechią. W ostatnich dziesięciu pojedynkach obu drużyn tylko dwa razy był remis, pozostałe spotkania padały łupem WKS-u.

Pomimo niezbyt zachęcającej do przyjścia na stadion pogody (we Wrocławiu w niedzielę było ponad 30 stopni Celsjusza) niedzielny mecz mógł się podobać kibicom. Nie brakowało sytuacji strzeleckich i agresywnej walki z obu stron. Szkoda, że takie widowisko z trybun obejrzało tylko niecałe 8 tys. widzów.

Pierwsi bramce gości zagrozili podopieczni Tadeusza Pawłowskiego. W 15. minucie próbował Robert Pich, a chwilę po nim Kamil Biliński. "Bila" przerzucił futbolówkę głową nad Jakubem Wawrzyniakiem i od połowy boiska biegł z nią przy nodze. Niestety, kilkudziesięciometrowy rajd okazał się na tyle męczący, że ten nieczysto trafił w piłkę i fatalnie skiksował w sytuacji sam na sam z Marko Mariciem.

- Kamil świetnie wziął Wawrzyniaka na plecy, fajnie podciągnął akcję, ustawił sobie piłkę do strzału lewą nogą, jednak nieczysto uderzył - ocenił trener Pawłowski. Właśnie postawienia kropki nad "i" brakowało wrocławianom w niedzielne popołudnie.

Biliński bliski strzelenia gola był w meczu z Lechią jeszcze kilkakrotnie, ale za każdym razem na jego drodze stawał chorwacki bramkarz. Zespół z Gdańska próbował odpowiedzieć dwójkową akcją dwóch Grzegorzów - Kuświka i Wojtkowiaka, jednak pierwsza połowa zakończyła się bez goli.

W drugiej części meczu tempo nieco spadło, ale przy takim upale nie mogło być inaczej. Więcej z gry miał jednak Śląsk, bowiem Lechia kondycyjnie nie wytrzymała trudów spotkania rozgrywanego w takich warunkach. Najbliżej wpisania się na listę strzelców w 73. minucie był Pich. Po płaskim dograniu od Flavio Paixao Słowak nie trafił jednak do pustej bramki. - Robertowi w tej akcji zabrakło piłkarskiej inteligencji. Takiej piłki nie wolno strzelać, trzeba tylko dostawić nogę. I mówię to jako zawodnik, który strzelił najwięcej bramek w historii Śląska - ocenił sytuację trener Pawłowski.

Później groźnie strzelali jeszcze Jacek Kiełb i Biliński, ale żaden z ich strzałów nie znalazł drogi do siatki. Tego dnia bramka gości była jak zaczarowana, a świetnie radził sobie w niej Marić.

- Myślę, że zagraliśmy dobry mecz. Zabrakło bramek, ale tempo było dobre. Mieliśmy wyśmienite okazje, nie można z linii strzelać obok bramki, a sytuacje sam na sam należy wykorzystywać - żałował straconych punktów szkoleniowiec Śląska. Straconych, bo wrocławianom do wygranej zabrakło odrobiny szczęścia.

Niemniej jednak gra wrocławian mogła się podobać. WKS zdominował rywala, którego przed sezonem wymieniało się wśród kandydatów do mistrzostwa Polski. - Gramy otwartą piłkę przeciwko zespołowi aspirującemu do tytułu mistrzowskiego. To znaczy, że jesteśmy odważni. Nie boimy się nikogo - podsumował Pawłowski.

Śląsk Wrocław - Lechia Gdańsk 0:0

Śląsk: Pawełek - Zieliński (64. Pawelec), Celeban, Kokoszka, Dudu - Hateley Ż, Hołota, Paixao, Kiełb, Pich (81. Grajciar), Biliński (89. Bartkowiak)

Lechia: Marić - Wawrzyniak, Maloca (86. Rudinilson), Janicki, Wojtkowiak Ż, Vranjes (74. Łukasik), Borysiuk, Nazario, Wiśniewski Ż, Makuszewski (67. Mak), Kuświk

Więcej o: