Nowy kołowy Vive: Mam bardzo dużo do pokazania w Kielcach [ROZMOWA]

- Jeśli nie skorzystałbym z oferty Kielc, to potem całe życie plułbym sobie w brodę, że stchórzyłem i nie spróbowałem. A kto wie, może mi się uda? - mówi Mateusz Kus, nowy kołowy Vive Tauron Kielce.

ROZMOWA Z MATEUSZEM KUSEM

Paweł Matys: Jak pan reaguje na nieprzychylne komentarze internautów - wielu kibiców dziwi się, że trafił pan do Vive.

Mateusz Kus, nowy kołowy Vive Tauron Kielce: Szczerze mówiąc, to nie czytam takich rzeczy w internecie. Wiadomo, jak głupie i złośliwe teksty potrafią ludzie pisać, więc po co się denerwować. Staram się tego unikać. Jestem bardzo pozytywnie nastawiony do gry w Kielcach. Jeśli tak wielki klub i taki świetny trener jak Talant Dujszebajew byli mną zainteresowani, to nie mogę się z nimi sprzeczać. Widocznie coś we mnie widzieli.

Mnie negatywne słowa jeszcze bardziej by nakręcały, by pokazać swoją wartość.

- Dokładnie tak. Przyszedłem tu mocno pracować i udowodnić sobie oraz kibicom, że zasłużyłem na kontrakt w Vive. Mam bardzo dużo do pokazania, zwłaszcza tym ludziom, którzy we mnie nie wierzą. Mam nadzieję, że kiedyś uwierzą, ale muszą mi dać troszeczkę czasu. Przecież dopiero zaczęliśmy treningi, nie zagrałem jeszcze w żadnym meczu.

Kiedy pierwszy raz dowiedział się pan o zainteresowaniu Vive?

- Po raz pierwszy prezes kieleckiego klubu Bertus Servaas zadzwonił do mnie w październiku lub listopadzie ubiegłego roku. Byłem bardzo zaskoczony, ale nie podpalałem się i traktowałem ten temat spokojnie. Bo przecież od telefonu do kontraktu jest często w sporcie daleka droga. Tym bardziej że miałem jeszcze kontrakt w Puławach i wiedziałem, że będzie ciężka przeprawa między klubami. Na szczęście potrafiły się dogadać.

Praca z którą z wielu gwiazd Vive cieszy pana najbardziej?

- Trudno wskazać jednego zawodnika. Wszyscy są przecież najlepszymi szczypiornistami na swojej pozycji. Cieszę się, że będę mógł z nimi trenować, podpatrywać ich i wiele się nauczyć.

Uczy się już pan hiszpańskiego, by lepiej rozumieć rady najlepszego kołowego świata Julena Aginagalde?

- Nie, nie (śmiech ). Z tego co wiem, to wszyscy koledzy płynnie mówią po polsku, więc tym językiem będę się z nimi dogadywał. Taka współpraca może mi dać same pozytywy. Na pewno coś od niego się nauczę, może nawet on ode mnie. Może trochę przy mnie... polski podszkoli (śmiech ).

Chyba można pana porównać z Piotrem Grabarczykiem, legendą kieleckiego klubu. On też na początku kariery grał brutalnie, łapał dwuminutowe kary. Zwłaszcza pod wodzą Dujszebajewa jednak spokorniał.

- Piotrek to bardzo dobry obrońca, który jest troszeczkę niedoceniony. Wiem o tym doskonale, bo gram na tej samej pozycji co on. "Grabar" wykonuje bardzo ciężką pracę dla zespołu. Niektórzy tego nie widzą, bo dla kibiców liczą się bramki. Fajnie będzie zastąpić go w Kielcach. Muszę podciągnąć jednak swoje umiejętności, bo ja również łapię niepotrzebne kary. Jeśli zdobędę jednak trochę mądrości i umiejętności na boisku, to powinno być zdecydowanie lepiej.

Te niepotrzebne kary to największa pięta achillesowa?

- Trudno powiedzieć. Nigdy nie chcę zrobić nikomu krzywdy czy czegoś złośliwego, tylko po prostu jestem typem walczaka i stąd zdarzają się dwuminutowe wykluczenia.

Jaki cel postawił pan sobie w Kielcach?

- Tylko grać jak najlepiej.

Wielu solidnym ligowcom sprowadzonym do Kielc w Vive się nie powiodło - np. Michał Adamuszek, Damian Kostrzewa, Michał Stankiewicz wrócili do Superligi. Była w głowie myśl, że podzieli pan ich los?

- Jak skończę tak jak oni, to przynajmniej będę wiedział, że spróbowałem. Jeśli nie skorzystałbym z oferty Kielc, to potem całe życie plułbym sobie w brodę, że stchórzyłem i nie spróbowałem. A kto wie, może mi się uda? Nikt tego nie wie.

A Puławy bez Mateusza Kusa mają szansę na medal?

- Myślę, że tak. Zostały dobrze wzmocnione, a potencjalni rywale: Szczecin czy Zabrze są osłabione. Azoty mogą spokojnie obronić brązowy medal.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.