Patryk Małecki z Pogoni: Cieszę się, że nie zawiodłem i pomogłem drużynie

Patryk Małecki wrócił do gry po 8,5 miesiąca przerwy, która była spowodowana ciężką kontuzją kolana. W Poznaniu zagrał bardzo dobrze, walecznie i miał udział w obu bramkach portowców.

Jakub Lisowski: Zaliczył pan świetny powrót na ligowe boisko po wielu miesiącach przerwy...

Patryk Małecki: Sam powrót mnie cieszy ogromnie, bo za mną naprawdę ciężkie chwile. Nie potrafiłem zaakceptować swojej sytuacji, nie grałem przecież przez prawie 9 miesięcy. Lepszego scenariusza na swój pierwszy występ nie mogłem sobie wymarzyć - mamy trzy punkty, w dodatku po zwycięstwie nad mistrzem Polski na jego boisku. Ogromnie się też cieszę, że trener na mnie postawił, a ja nie zawiodłem.

Przed meczem wszystko wskazywało, że spotkanie rozpocznie pan na ławce rezerwowych. Gdy trener Michniewicz zdecydował się, by to pan zastąpił Akahoshiego w 20. minucie, nie było w głowie pytania: jak ja wytrzymam do końca?

- Było ciężko i nie będę tego ukrywał. To był pierwszy występ po ponad ośmiu miesiącach i w końcówce wyciągnąłem wszystko z wątroby. Cieszę się, że mogłem pomóc chłopakom do samego końca. Nie jestem jeszcze taki świeży, jak bym chciał, ale z meczu na mecz będzie lepiej.

I statystycznie coś drgnęło w pana występach w Pogoni. Asysta z Lechem, współudział w drugim golu.

- Mam nadzieję, że teraz szybko strzelę również bramkę. Przecież wszyscy wiedzą, jak bardzo bym chciał. Skoro więc już jest asysta... Ale najważniejsze było zwycięstwo drużyny, tym cenniejsze że właśnie na boisku Lecha. Poległa tu Legia, przegra większość ligowców. A nam udało się wygrać i może będziemy takim jedynym zespołem w lidze. Z drugiej strony nie popadamy też w jakiś hurraoptymizm, bo to tylko pierwszy mecz za nami. Masa kolejnych przed nami.

Za tydzień mecz ze Śląskiem w Szczecinie.

- Trener zaraz po meczu studził nasze głowy, byśmy za szybko nie 'odjechali'. Wiemy, że czeka nas teraz inauguracja w Szczecinie, przed własną publicznością, w dodatku z bardzo dobrym przeciwnikiem. Będziemy musieli zostawić kawał zdrowia na boisku, ale jesteśmy do tego dobrze przygotowani i przyzwyczajeni.

Wracając do spotkania z Lechem - nie miał pan wrażenia, że sędzia Tomasz Kwiatkowski trochę zbyt gospodarsko gwizdał w drugiej połowie? I te 5 doliczonych minut...

- Było tak. W paru sytuacjach odnosiłem wrażenie, że arbiter mógł inaczej się zachować. Nie chcę jakoś krytykować, bo przecież utrzymaliśmy dobry wynik do końca, ale trochę nerwów nas ten mecz kosztował.

Rozmawiał Jakub Lisowski