Lech Poznań - Pogoń Szczecin 1:2. Wróciły błędy i wypaczenia. Zły początek sezonu ligowego

Między Lechem Poznań w najsilniejszym składzie, a tym, który zagrał z Pogonią Szczecin, jest różnica taka, jak między mistrzostwem Polski a porażką 1:2 z portowcami. Po golach opakowanych Pogoni Szczecin na prezent i przewiązanych wstążeczką. Epoka błędów i wypaczeń w Lechu widać do końca jeszcze nie minęła.

Kiedy się rozłożyło palce i zaczęło liczyć, wychodziło na to, że grającego co trzy dni Lecha może czekać w tym sezonie nawet około 60 spotkań. Po pierwsze - nie wszyscy kibice w Wielkopolsce mają na to wszystko czas i pieniądze, co może tłumaczyć niską jak na Poznań frekwencję na meczu z Pogonią Szczecin (15 131 osób). Po drugie - brakować może nie tylko pieniędzy na bilety, ale również piłkarzy. Pojedynek z Pogonią Szczecin pokazał tę groźbę dość wyraźnie.

- Przecież Legia była liderem tak długo, jak długo grała w pucharach. Kłopoty zaczęły się, dopiero gdy odpadła - mówił przed meczem z portowcami trener Maciej Skorża, obalając tezę, jakoby to gra warszawiaków w pucharach przyczyniła się do utraty przez nich mistrzostwa. Czytaj: Lech też powinien sobie z tym poradzić.

No właśnie nie jest, jak się okazuje, powiedziane. Bo Lech Poznań sztukowany jest już ewidentnie Lechem Poznań gorszej jakości. A sztukowania w pojedynku z Pogonią było sporo. W meczu z poznaniakami nie zagrali Paulus Arajuuri, Gergo Lovrencsics, Karol Linetty, Tomasz Kędziora, Dawid Kownacki, Kasper Hamalainen. Przynosiło to chwilami opłakane skutki. Dopóki tylko piłka krążyła od nogi do nogi, w daremnym poszukiwaniu Karola Linettego, problem był mniejszy. Kiedy jednak przestali się zupełnie rozumieć obrońcy Lecha, zrobiło się już naprawdę niewesoło.

Problemy Lecha

Najpierw Abdul Aziz Tetteh kopnął w nogę Takafumi Akahoshiego tak, że ten chwilę jeszcze pobiegał, ale za moment musiał opuścić boisko z bólem. Zastąpił go Patryk Małecki, który po chwili odebrał piłkę po stracie Darko Jevticia i zagrał ją momentalnie na kilkadziesiąt metrów do Łukasza Zwolińskiego. Tak padł pierwszy gol dla Pogoni.

Skoro jednak mecz Lech - Pogoń, to musi być Marcin Robak. Jego piękna asysta w 26. minucie pozwoliła Darko Jevticiowi wbić piłkę z bliska do bramki i "Kolejorz" wyrównał. Mało tego, że wyrównał - zaczął odtąd grać nieco lepiej, zupełnie jakby miał ochotę dojrzale odwrócić losy meczu.

Wtedy jednak okazało się, że w "Kolejorzu" jest tylko czterech obrońców, którzy razem grają na odpowiednim poziomie i stanowią jedność - Tomasz Kędziora, Barry Douglas, Marcin Kamiński i Paulus Arajuuri. Gdy Marcinowi Kamińskiemu przyszło rozwiązać problem wespół z Kebbą Ceesayem, pozostał on nie rozwiązany. Jeden patrzył na drugiego, gdy tymczasem Mateusz Lewandowski strzelał gola na 2:1 dla Pogoni. To była naprawdę bramka jak za starych, złych czasów Lecha, które mijają tylko wtedy, gdy "Kolejorz" gra w optymalnym ustawieniu. A dołóżmy do tego jeszcze fatalną, naprawdę bardzo złą grę Tamasa Kadara.

Weźmy takiego Davida Holmana - faceta, który podczas letniego zgrupowania Lecha w Gniewinie trenował i grał wyśmienicie. Spisywał się bardzo dobrze, sprawiał wrażenie, jakby zwinięcie znad jego głowy parasola ochronnego (miał pół roku ulgi w Lechu na rozruch po ciężkiej chorobie płuc, teraz musi walczyć o skład) podziałało nań mobilizująco i zbawczo. Trener Maciej Skorża powiadał: "Przyjdzie na niego czas, cierpliwości". Przyszedł szybko, już teraz, gdy wobec kontuzji Dawida Kownackiego i Gergo Lovrencsicsa (był już na ławce rezerwowych) wyszedł do gry od pierwszej minuty. Szybko okazało się, że można go śmiało koronować na króla sparingów. Zszedł w przerwie wraz z Abdulem Aziziem Tettehem. Weszli Dariusz Formella i Denis Thomalla.

Odrobić się nie udało

Ustawienie "Kolejorza" zrobiło się już bardzo ofensywne, z dwoma nominalnymi napastnikami. Było jednak co odrabiać, a przecież Jasmin Burić jeszcze przed przerwą uratował poznaniaków paradą po ładnym strzale Karola Danielaka.

To ofensywne ustawienie nie dodało jednak grze Lecha jakości. Owszem, z każdą minutą zdobywał on coraz większą przewagę, ale zagrożenia pod bramką Pogoni nie stwarzał, nawet po stałych fragmentach gry. Mecz zrobił się bardzo słaby, pełen westchnień widowni i jej gwizdów na Patryka Małeckiego, który w Poznaniu niewielu ma fanów. Lech kilkakrotnie przedzierał się pod bramkę, za każdym razem gubił piłkę albo oddawał niecelny strzał. Choć gdyby ten Kebby Ceesaya w 78. minucie doszedł celu, mielibyśmy gola w stylu Muhameda Keity. Druga podobna próba Gambijczyka była już raczej aktem rozpaczy.

Lech zagrał chwilami jak w epoce błędów i wypaczeń, przedwcześnie chyba uznanej za minioną. Nadal przytrafiają mu się takie mecze.

Więcej o: