Przeciętny mecz Wisły Kraków. Na początek tylko remis z Górnikiem Zabrze

Skoro piłkarze mieli przerwę na uzupełnienie płynów, to kibice powinni dostać chwilę na łyk kofeiny. Po mocno przeciętnym meczu Wisła Kraków na inaugurację zremisowała z Górnikiem Zabrze 1:1.

Miała być nowa jakość i gra przyciągająca kibiców, a była kolejna próba zgrywania składu i spotkanie, jakich w poprzednim sezonie kibice widzieli wiele i zachwyceni nie byli. Po pierwszym meczu Wisła w tabeli tylko zrównała się z pozostałymi zespołami (zaczynała sezon z ujemnym punktem).

Chociaż tyle trzeba przyznać, że Kazimierz Moskal miał nosa. Po sparingach niewiele wskazywało na to, że Rafael Crivellaro będzie miał jakiekolwiek szanse na występ w podstawowym składzie, ale w kilka dni przekonał do siebie szkoleniowca. - W ostatnim tygodniu świetnie trenował - komplementował go Moskal i jednak dał mu szansę.

I po 24. minucie obaj mogli triumfować, choć równie duże zasługi przy bramce dla Wisły mieli zabrzanie: Sebastian Przyrowski i Robert Jeż. Kompletnie się pogubili, piłka trafiła do Crivellaro, a ten jakby miał oczy dookoła głowy - uderzył z pierwszej piłki, Przyrowski nie zdążył wrócić do bramki i było 1:0. Brazylijczyk będzie się więc mógł pochwalić bramką w debiucie, ale... niczym więcej. W tej sytuacji lepiej, by ktoś w klubie przypomniał mu, że Michaił Siwakow czy Jose Barrientos też kiedyś strzelili dla Wisły piękne gole, ale na tym ich pomoc dla drużyny się skończyła.

Taką dość przypadkową bramkę Wiśle było najłatwiej zdobyć, bo na razie drużyna nie działa jak naoliwiona machina, raczej skrzypi i rzęzi w każdym elemencie, bo całkowicie przebudowanej drugiej linii nie da się idealnie zgrać w trzy tygodnie. Teoretycznie można wyrysować zmienność pozycji, asekurację i nowe schematy, ale w praktyce składnych akcji było niewiele więcej niż celnych strzałów do przerwy (po dwa z obu stron).

Krzysztof Mączyński typowany był na następcę Semira Stilicia, ale na boisku zachowywał się zupełnie inaczej. Podczas gdy zaangażowanie Bośniaka w obronie kończyło się na kilku sprintach, Mączyński ustawiał się bliżej swojej bramki, asekurował pozostałych pomocników, a głową przejmował większość piłek, choć warunki ma raczej na rozgrywającego niż władcę drugiej linii (175 cm wzrostu). Więcej z przodu próbował grać Cywka, a Denis Popović próbował i tu, i tu, ale w obu przypadkach szło mu przeciętnie.

W tej sytuacji wydawało się, że chociaż obrona powinna rozumieć się bez słów. Tak było aż do 35. minuty, gdy krakowianie tylko przyglądali się piłce, która po chwili znalazła się w ich siatce po uderzeniu Romana Gergela. Za drugą część obu zespołom należy się nota zbliżona do liczby strzałów Wisły, czyli jeden.

Spotkanie obejrzało 10 303 widzów. Jak na wakacje to przeciętna frekwencja, jak na inaugurację - słaba. Szczególnie że w poprzednim sezonie prezes Robert Gaszyński liczył na średnią 15 tys.

Więcej o: