Igrzyska wody i ognia, czyli jak przebiegłem morderczy Runmageddon

- Ktoś krzyknął: "This is Sparta!" - i wystartowaliśmy. Pierwsze przeszkody - skok przez bele z sianem, przez żywopłot, drewniana ściana komandosa, przenoszenie drągów - były łatwe. Ale czołgając się pod zasiekami z drutu kolczastego zastanawiałem się - "Co ja tu robię?".

W czasie kiedy ulicami stolicy biegli uczestnicy maratonu Orlenu i towarzyszącego mu biegu na 10 kilometrów, na torze wyścigów konnych na Służewcu kilkaset osób pokonywało trasę ekstremalnego biegu z przeszkodami. Niedzielny Runmageddon to pierwszy tego typu bieg w Warszawie, ale nie ostatni. Bieganie przez przeszkody, czołganie się po błocie czy pokonywanie rowów z wodą staje się coraz bardziej popularne. W tym roku w stolicy planowane są kolejne podobne imprezy.

"This is Sparta!"

Hasło reklamujące Runmageddon - "Koniec świata nudnych biegów" - uznaję za trochę przesadzone (bo "nudne" biegi mają się coraz lepiej i wciąż biją rekordy frekwencji), ale zapowiedź organizatora biegu, Jaro Bienieckiego, który powtarzał, że "będzie piekło", sprawdziło się w niedzielę w 100 proc. Był nie tylko ogień (za mało!), ale i woda (bardzo dużo), ziemia (też w postaci błota) i świetna atmosfera. Ale największym żywiołem byli sami uczestnicy niedzielnego Runmageddonu.

- Pamiętajcie, że najważniejsze jest bezpieczeństwo i pomaganie sobie na trasie, na drugim miejscu czas i wynik - mówił nam przed samym startem Jaro. I rzeczywiście - bez wzajemnej pomocy niektórych przeszkód nie dałoby się pokonać w pojedynkę. Ja przez pewien czas biegłem przed, za lub w środku grupy z Nowego Sącza i Warszawy (o dźwięcznej nazwie "Shut the fuck up and power combo") i to dzięki nim udało mi się pokonać kilka trudnych ścianek. Ale pomagali mi też (i ja im) inni samodzielni biegacze.

 

Aktorka Joanna Jabłczyńska mówiła mi przed biegiem, że na trasie będzie pełno pozytywnie zakręconych osób. I było! Ruszyliśmy w ostatniej turze o godz. 14 z tych samych boksów startowych, co konie podczas gonitw. Ktoś zarżał jak koń - całe stado biegaczy w śmiech. Ktoś krzyknął "This is Sparta!" - i wystartowaliśmy.

Dodatkowa dawka adrenaliny w basenie

Pierwsze przeszkody - skok przez bele z sianem, przez żywopłot, drewniana ściana komandosa, przenoszenie drągów - były łatwe, jakby na rozgrzanie. Bieg tak naprawdę zaczął się, kiedy trzeba było wejść po kolana do wody w jeziorku. Kto biegał w mokrych butach, ten wie, że to wcale nie pomaga. Szczególnie, kiedy zaraz potem na trasie pojawia się wysoka na kilka metrów pajęcza sieć, którą jednocześnie pokonuje kilkanaście osób. Z jednej strony kolejki przy niektórych przeszkodach pozwalały na złapanie tchu, ale z drugiej spowalniały bieg.

W którym momencie było najtrudniej? Skok do basenu z lodowatą wodą, kiedy serce zaczęło mi bić jak oszalałe po dodatkowej dawce adrenaliny. Wysokie na kilka metrów drewniane ściany - nie do przejścia samemu - gdzie trzeba było sobie nawzajem pomagać. Tarzan - przeszkoda z drążkami, na których z powodu zmęczenia nie dałem rady się utrzymać i wpadłem do wody. Przeprawa na linie na drugi brzeg jeziora - ją przeszedłem po prostu dołem, ale to była najtrudniejsza część Runmageddonu, udało się ją całą pokonać tylko dziesięciu osobom. Czołganie pod zasiekami z drutu kolczastego... Jak zwykle w takich momentach przychodzą chwile zwątpienia i zastanawianie się: "Co ja tu robię?".

Dodatkowo podczas naszej, ostatniej serii, zaczął kropić deszcz i zrobiło się jeszcze zimniej, ale kiedy zobaczyłem w oddali "domek" - jedną z ostatnich przeszkód na trasie wiedziałem, że dam radę dobiec do mety. Pokonałem "domek", przeskoczyłem żywopłot i zdążyłem jeszcze wymienić uwagi na temat biegu z jedną z zawodniczek, z którą biegłem ramię w ramię. "To jest naprawdę świetny sprawdzian dla każdego" - mówiła podczas pokonywania ostatnich metrów.

Zwykły śmiertelnik z nieśmiertelnikiem

"Było czadowo", "Było super", Było zacnie" - takie opinie słyszałem zaraz po przekroczeniu linii mety. Po chwili na szyi miałem nieśmiertelnik z napisem "Runmageddon. Mission completed", na plecach folię termiczną, a w ręce zasłużone piwo. I ogromną satysfakcję, że jako zwykły śmiertelnik, który nie biega zbyt regularnie, nie trenuje na siłowni, ukończyłem ten morderczy bieg. Czas 1.18:31 na 10-kilometrowej trasie dał mi 379. miejsce na 633 startujących. Dla porównania - zwycięzca, starszy kapral Artur Pelo, wykręcił czas poniżej 44 minut.

Kiedy jeszcze zziębnięty i przemoczony wracałem metrem do domu, zacząłem się zastanawiać, po co to właściwie robię? Wtedy poczułem takie pozytywne, pierwotne zmęczenie, jakbym przez godzinę uciekał przed tygrysem lub polował na jakiegoś zwierza. Tak się czułem czasami w dzieciństwie, kiedy z podrapanymi nogami i rękami wracałem po całym dniu zabaw w terenie. I to zmęczenie było dobre. Tak dobre, że kiedy wieczorem zacząłem pisać relację z biegu, to... zasnąłem. Dokończyłem dopiero w poniedziałek.

Chcecie sami spróbować jak to jest? Już podaję listę podobnych biegów: 19-20 lipca Runmageddon Rekrut (6 km i 25 przeszkód na torze na Służewcu), 22 czerwca Survival Race na plaży nad Wisłą (5 i 10 km do wyboru), 29 czerwca Hunt Run w Bałtowie (160 km od Warszawy), 30 listopada Runmageddon Hardcore (20 km i 50 przeszkód, na torze na Służewcu).

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ Z RUNMAGEDDONU - KLIKNIJ W ZDJĘCIE >>

Obserwuj autora na Twitterze