Wyjątkowy gracz. Rywalizuje od lat, pomimo urazu. "Nikt nie zrozumie, jakie to jest trudne"

W esporcie liczą się detale i precyzja aż do samej perfekcji. I tu potrafią się przydarzać urazy, które eliminują zawodnika ze skutecznej rywalizacji. O swoim problemie opowiedział zawodnik FaZe Clanu w VALORANT. Jego przypadek jest nadzwyczaj wyjątkowy.

Umiejętności mechaniczne w esporcie to podstawa. Zawodnicy trenują pamięć mięśniową i poprawiają refleks, dzięki czemu ich ciało opanowuje pewne odruchy oraz instynkty. Niewątpliwe dużo trudniej w tej kwestii ma Kevin "poised" Ngo. Prowadzący FaZe Clanu otwarcie przyznał, że od pięciu zmaga się z poważnym urazem ręki. 

Zobacz wideo Praca marzeń naszych dzieci, żyła złota, a zarobki? "Polska w światowej czołówce"

Esportowiec gra bez czucia w ręce

Kevin "poised" Ngo od kilku lat aktywnie rywalizuje na scenie esportowej. Na początku próbował swoich sił w CS:GO, gdzie jednak nie zdołał wspiąć się na wyższy poziom. Dlatego, po premierze VALORANTA, Ngo przeniósł się na tytuł od Riot Games. Tu poszło mu znacznie lepiej - na przestrzeni dwóch lat stał się jednym z bardziej rozpoznawalnych zawodników w regionie Ameryki Północnej, a w kwietniu minionego roku podpisał kontrakt z FaZe Clanem.

Jak się okazuje, "poised" przez lata skrywał tajemnicę. Znali ją jedynie zawodnicy zespołów, w których grał. Mianowicie pięć lat temu Kanadyjczyk uległ poważnemu wypadkowi. W jego wyniku stracił czucie w lewej ręce od palców aż po łokieć, a nawet dalej. Diagnoza była bardzo brutalna - Ngo miał nigdy nie odzyskać pełnej sprawności. 

Więcej treści esportowych na Gazeta.pl.

Ekstraklasa Games, WarszawaZacięta walka o fotel lidera. Za nami 12 kolejek Ekstraklasa Games PRO

Przez 10 miesięcy "poised" żył jak bez ręki. Potem rozpoczął dwuletnią rehabilitację. Dzięki niej stopniowo wróciło mu czucie w ramieniu oraz części łokciowej, ale nie w całości dłoni i palcach, a to dla esportowca najważniejsze. Mimo wszystko Kanadyjczyk nie porzucił swoich marzeń i dopiął swego, z czego jest bardzo dumny. O swoich doświadczeniach zawodnik szerzej rozpisał się na Twitterze, publicznie wyznając swój sekret.

Nigdy się nie poddałem. Zrozumiałem, że muszę ufać temu, co widzę i używać innych zmysłów. Każdy, kto choć przez moment grał na wysokim poziomie VALORANTA czy CS:GO, wie, że nawet milisekunda zawahania może zaważyć o porażce. Nikt nie zrozumie, jakie to jest trudne - jestem najpewniej pierwszym esportowcem, który nie ma czucia w swojej ręce od klawiatury. Nigdy nie porzucaj tego, co kochasz.

Kanadyjczyk stwierdził, że to braki w umiejętnościach mechanicznych skłoniły go do przyjęcia roli esportowego prowadzącego, gdyż w ten sposób może szlifować aspekty, które go nie ograniczają. Jego przypadek rzeczywiście jest bardzo wyjątkowy, przy czym tym bardziej należy mu się ogromny szacunek. 

Champions QueueNowość w europejskim League of Legends. Z tej zmiany skorzystają profesjonalni gracze

Więcej o: