Major w Rio będzie kolejną szansą dla azjatyckie Counter-Strike'a na wybicie się wśród największych tuzz esportowej sceny. Przez lata szło im to marnie, a wręcz beznadziejnie. Chyba w żadnym esportowym tytule region nie wypada tak słabo jak właśnie w przypadku CS:GO. Jakie były tego przyczyny i czy rzeczywiście istnieją wreszcie perspektywy, aby tą niemoc przełamać?
Na początku wypada zaznaczyć, że azjatycka scena CS:GO zaczęła rozwijać się bardzo późno względem reszty świata. Podczas gdy w Europie i Ameryce Północnej swoje składy tworzyły kolejne wielkie organizacje, na wschodniej półkuli panowała kompletna cisza. Niedługo pierwsze kroki zaczęto wykonywać w Ameryce Południowej, a nieśmiało do stołu dosiadała się Australia, ale na konkretne azjatyckie zespoły trzeba było jeszcze sporo poczekać.
W zasadzie dopiero w 2016 roku w ich temacie zaczęło się coś realnie dziać, a więc w momencie, kiedy rozegrano już siedem turniejów rangi Majora. Na część z nich załapali się nawet Australijczycy, ale nie Azjaci, którzy dopiero formowali pierwsze drużyny z aspiracjami na coś więcej. Pojawiło się chińskie TYLOO oraz mongolscy The MongolZ. Z czasem zdominowały one scenę regionalną, a MongolZ zdołali nawet wygrać nieco kameralny IEM Taipei, pokonując w finale Renegades.
Wciąż jednak azjatyckie składy były daleko od wbicia się do czołówki, regularnych udziałów na czołowych turniejach, ale przede wszystkim też awansu na Majora. Azjatycko-australijski region bardzo słabł. Z czasem jedyną okazją do promocji stały się rozgrywki WESG, w których gwarantowane miejsce mieli reprezentanci z dziesiątek państw z całego świata. Innym turniejem był również IEM Sydney, choć tam dużo lepiej radzili sobie jednak Australijczycy.
Minęły dwa lata bezowocnej pracy. Azjatycka scena promowała przede wszystkim chińskich graczy, gdyż to oni byli najlepsi. Japończyków nie ciągnęło do CS:GO, przez co i esport nie szedł tam do przodu. Swoich sił spróbowały Indie. Początkowo rzeczywiście wydawało się, że może tam powstać sensowny ekosystem, który nieco wypromuje Azję. Wszystko przekreślił jednak ogromny skandal z nakryciem jednego zawodników na oszukiwaniu w trakcie LAN-owego turnieju. Takiego incydentu w CS:GO nigdy wcześniej nie było. Doszczętnie wymazał on Indie z esportowej mapy tytułu, kończąc też inwestycje w tamtym regionie OpTic Gaming. Wszystko ponownie spadło na barki Chińczyków.
I wreszcie TYLOO udało się dokonać niemożliwego. W 2018 roku Chińczycy pojechali na FACEIT Major 2018. Rewelacji może nie pokazali, ale nawet udało im się wygrać jeden mecz z MIBR na sam start rozgrywek. Wydawało się, że być może jest to początek czegoś nowego i Azja rzeczywiście znajdzie swoją drogę w Counter-Strike'u.
Więcej treści esportowych na Gazeta.pl.
Niedoczekanie. Londyński Major był jedynie przebłyskiem, który szybko zniknął. Ponownie Azjaci utknęli w martwym punkcie, a jeszcze bardziej pogrążyła ich pandemia, przez co zupełnie odizolowano ich od rywalizacji z drużynami z reszty świata. Mówiąc kolokwialnie, Azja zaczęła kisić się we własnym sosie, a nie działało to wcale na ich korzyść.
Brak konkurowania z Europą czy Amerykami sprawiał, że Azja nie uczyła się na własnych błędach. Choć zawodnicy indywidualnie byli w regionie znakomici i część z nich dostała nawet szansę gry za granicą, tak drużynom brakowało kreatywności. Zespoły grały bardzo rutynowo, bądź chaotycznie. Podczas gdy inne regiony stale się rozwijały, coraz bardziej zaskakując obserwatorów CS:GO, tak Azję dopadła kompletna stagnacja. Stagnacja, która w zasadzie trwa do dziś.
Obecnie Azja i Australia rywalizują o miejsca na Majorach w ramach jednego cyklu RMR. Na IEM Rio pojedzie mongolskie IHC, które wyrosło na nową siłę regionu oraz Australijczycy z Grayhound. Jest to praktycznie identyczna reprezentacja względem poprzedniego Majora w Antwerpii. TYLOO zostało na lodzie, nie po raz pierwszy zresztą.
Azjatyccy zawodnicy jak najbardziej są świadomi swoich problemów i braków. Yesuntumur "nin9" Gantulga czy Junsheng "aristo" Jin przyznawali już otwarcie w wywiadach, że Azja musi iść w kierunku europejskich standardów, jeśli chce odegrać jakąś rolę na globalnej scenie CS:GO. Zaczęto również coraz częstsze współprace z europejskimi trenerami, którzy mają pomóc graczom we wdrożeniu odpowiednich analogizmów, by dorównać konkurencji.
Major w Rio to kolejna wielka próba dla regionu. Niełatwo będzie ją przejść, bo niektórzy już na starcie stawiają krzyżyk na Azji. Po tylu latach rozczarowań trudno się zresztą temu dziwić. Niemniej jednak warto bacznie przyglądać się zarówno IHC jak i Australijczykom z Grayhound, którzy też mają sporo udowodnienia od siebie.