Amerykański Counter Strike sięgnął dna. Gorzej już chyba być nie może

Wstyd, żenada, politowanie - te wszystkie słowa trafnie opisują uczucia towarzyszące Ameryce Północnej i jej pozycji na scenie esportowej CS:GO. Od lat nie było aż tak słabo. Powoli można zacząć wątpić, czy Amerykanie kiedykolwiek jeszcze dorównają Europie. Gdzieś na końcu tunelu tli się światełko nadziei, choć może to tylko złudzenie?

Amerykański Counter Strike, czyli wielkie ruchy, jeszcze większe cele, a na końcu największe rozczarowania. Szybki rzut okiem na obecne zestawienie rankingu światowego w CS:GO: najwyżej plasuje się w nim Complexity, będące na 22. pozycji. To rezultat wyjątkowo słaby, w zasadzie najgorszy w historii całej dyscypliny. Oczywiście w Stanach Zjednoczonych jest kilka innych, mocnych drużyn, które utraciły punkty w wyniku międzysezonowych zmian, ale te rotacje nie biorą się z niczego. Amerykańskie CS:GO jest w poważnym kryzysie, który trwa nie od dziś. Wszystkie próby podniesienia go z kolan kończyły się upokarzającymi wtopami. Coraz więcej graczy przenosi się do Europy, a USA i Kanada stają się martwymi regionami, w których nie da się wybić, rozkręcając przy tym swoją karierę.

Zobacz wideo Esportowe abecadło. Poznaj najważniejsze pojęcia w Counter Strike: Global Offensive

Bywało lepiej

Amerykanie nigdy nie dominowali w CS:GO i to trzeba zaznaczyć na samym początku. Przez lata ich region miał swoich stałych reprezentantów. Team Liquid, Cloud9 czy Evil Geniuses stały się rozpoznawalnymi markami, które rozdawały karty na swoim podwórku. Sielanka trwała jednak do momentu, kiedy przychodziło im mierzyć się z zespołami europejskimi.

Pierwsze lata sceny Counter Strike'a w wykonaniu Amerykanów to praktyczna posucha. Dopiero w 2016 roku zaczęły pojawiać się pierwsze sukcesy. Cloud9 wygrało ESL Pro League, a Liquid dostał się do finału Majora w Kolonii. Prawdziwą laurką stał się jednak triumf Cloud9 na bostońskim Majorze w styczniu 2018 roku.

I choć na krótko potem sama organizacja przeszła gruntowne zmiany, tak pałeczkę lidera w Ameryce Północnej przejął Team Liquid. 2019 rok wypadł dla "Rumaków" znakomicie. Wygrały one aż sześć znaczących turniejów, a w efekcie również i nagrodę bonusową w ramach Intel Grand Slam, opiewającą na milion dolarów. Wydawało się, że Amerykanie naprawdę doszli do słowa w świecie CS:GO. Właśnie - wydawało.

Zawodnik League of Legends, Lee 'Faker' Sang-Hyeok, grający w barwach zespołu T1.Koreańska gwiazda esportu z nowym osiągnięciem. Pobił kolejny rekord

Pandemia, Valorant i inne perypetie

Stopniowo poziom amerykańskiej sceny zaczął się obniżać. Wpływały na to różne czynniki, ale jednym z pierwszych była praktycznie nieistniejąca konkurencja w samym regionie. Cloud9 obniżyło loty. ENVY eksperymentowało i to wyjątkowo nieudolnie. Evil Geniuses notowali pojedyncze sukcesy, lecz brakowało im stabilizacji. Team Liquid stawał na wysokości zadania, ale szybko okazało się, że to jedyna klasowa opcja z całego rejonu. Klasowych składów było coraz mniej, a nie pojawiali się też żadni nowi inwestorzy. Kolejni zawodnicy tracili motywację do dalszej gry, zastanawiając się nad swoją przyszłością.

I wtedy przyszła pandemia. Jej wpływ można porównać do potężnego prawego sierpowego, który spada na głowę już zamroczonego pięściarza. Momentalny knock down. Organizowanie turniejów stacjonarnych stało się niemożliwe. W takiej sytuacji turnieje dzielono według regionów. Zespoły z Ameryki Północnej rywalizowały więc przeciwko sobie, ale taka forma konkurencji nie wpływała dobrze na rozwój lokalnej sceny. Podczas gdy w Europie kwitły nowe sensacje i pojawiali się nowi poważni gracze, tak Amerykanie kisili się we własnym sosie. To nie był przełom, a gwóźdź do trumny.

Więcej treści esportowych na Gazeta.pl.

Z czasem zaczęły się sypać kolejne zespoły. Gracze nie widzieli dla siebie dalszych perspektyw, za to za rogiem wyrastały nowe możliwości w postaci Valoranta. Część z nich stwierdziła, że to dobry moment na przenosiny. Tym sposobem ze sceny odszedł Timothy "autimatic" Ta (tymczasowo), Ethan "Ethan" Arnold i kilku innych rozpoznawalnych, amerykańskich graczy. Do tego przyszłość w produkcji Riot Games wybrali i młodzi prospekci m.in. z Chaos. Północnoamerykański Counter Strike stracił znaczące nazwiska, które mogły podnieść jego poziom.

To przykre, ale nie można ich obwiniać, bo nie mają żadnych perspektyw. Taka jest prawda. W Ameryce nie zarabia się wystarczająco wiele, a ludzie zaczynają się nudzić CS:GO.

Tak sytuację komentował weteran sceny CS:GO, Amerykanin Tarik "tarik" Celik. Wraz z odejściem graczy kruszyły się nawet największe marki. Manatki dość szybko zwinęło ENVY. Projekt Cloud9 z europejsko-amerykańskim składem utopił miliony dolarów, rozpadając się po kilku miesiącach. Evil Geniuses rozstawiło znaki budowy, która trwała praktycznie przez cały 2021 rok. Ambicje Complexity je przerosły i podobnie jak u EG, nadzieje skupiono wobec 2022 roku. Ze znaczących drużyn za oceanem został ponownie Team Liquid oraz brazylijska FURIA. 

Star Wars Jedi: Fallen OrderGra z uniwersum Star Wars dopiero za sześć lat? Studio zmaga się z problemami

Co dalej?

2022 rok otworzył kilka furtek dla Ameryki. Do gry wróciły odświeżone Evil Geniuses i Complexity, a przebąkuje się i o chęci włączenia się do zabawy dawno niewidzianego OpTic Gaming. Liquid swoje też zmienił, stawiając na coś nowego. Póki co przyszłość sceny owiana jest mgiełką niepewności, bo wszystkie z wymienionych zespołów dopiero raczkują po przebudowach.

Z Valoranta wrócił do CS:GO wspomniany "autimatic", a także Nicolas "nitr0" Canella. Panowie bez trudu znaleźli nowych pracodawców i jest to w pewien sposób pozytywny symptom dla Counter Strike'a. Tytuł Riot Games nie kupił ich na dłużej. Zdecydowali się zaryzykować, wracając do CS:GO. 

Dużo gorzej jest u mniejszych drużyn. Są wśród nich obiecujące sklejki, które pozostają bez organizacji od miesięcy. Bad News Bears czy Party Astronauts poczyniły duży progres w minionym sezonie, ale cóż z tego, skoro brakuje inwestora, który włożyłby w ich dalszy rozwój pieniądze? Na niekorzyść niszowych graczy i ich zespołów działa również wyjątkowo zła sława. Skandale pojawiają się bardzo regularnie. Ostatnie miesiące przyniosły kolejną aferę ze sprzedawaniem meczy, kłótnie wewnątrz składów, które wyciekły do social-mediów czy oskarżenia o oszustwa. Nigdy nudno.

Nadchodzący 15. sezon ESL Pro League to pierwsza szansa dla Amerykanów na przypomnienie reszcie o swoim istnieniu. W lidze wezmą udział cztery amerykańskie zespoły, a także brazylijska FURIA, którą pośrednio też przypisuje się do regionu Ameryki Północnej. Przełknięcie kolejnej pigułki upokorzenia nie wchodzi w grę. Wszyscy za oceanem są już najedzeni wstydem. Jeszcze kilka dodatkowych kęsów, a scena pęknie z hukiem.

T1, Lee 'Faker' Sang-hyeok, Worlds 2021Mieli rozegrać ważne spotkanie. Plany pokrzyżował koronawirus

Więcej o: