Polacy z Williamsa wygrali legendarny wyścig. "Byłoby przykro wywinąć jakiś numer"

Na co dzień jeżdżą w esportowej sekcji Williamsa. W ubiegły weekend okazali się najszybsi w legendarnym wyścigu - 24-godzinnej rywalizacji na torze Le Mans, zorganizowanej w miejsce przełożonego wyścigu. Kuba Brzeziński i Nikodem Wiśniewski w rozmowie ze Sport.pl opowiedzieli o odczuciach związanych ze zwycięstwem i tym, jak wiele w ich życiu zmieniło dołączenie do esportowej sekcji Williamsa.

W niedzielę wygrali w 24-godzinnym wyścigu Le Mans, który miał zastąpić rywalizację na legendarnym torze. Kuba Brzeziński i Nikodem Wiśniewski, na co dzień będący zawodnikami Williams Esports, jechali w zespole Rebellion Williams Esports. W ich składzie znaleźli się także Rafaelle Marciello i Louis Deletraz, profesjonalni kierowcy wyścigowi, wraz z którymi pokonali rywali w najsłynniejszym długodystansowym wyścigu. W rozmowie ze Sport.pl opowiedzieli o przygotowaniach do rywalizacji, odczuciach związanych ze zwycięstwem i tym, jak wiele w ich życiu zmieniło dołączenie do esportowej sekcji Wiliamsa.

Zobacz wideo "Już nie muszą bić się na ulicach. Mogą robić to legalnie na Gromdzie"

Karol Górka: Zwyciężyliście w legendarnym 24-godzinnym wyścigu Le Mans, który w tym roku odbył się wirtualnie. Jak czuliście się w rywalizacji z gwiazdami światowego motorsportu, np. Lando Norrisem, Maxem Verstappenem czy Fernando Alonso?

Kuba Brzeziński: Nie robiło nam to wielkiej różnicy. Topowi simracerzy są tak samo dobrzy jak kierowcy Formuły 1, którzy nie mają dużego doświadczenia w danym symulatorze. Wręcz powiedziałbym, że czołowi simracerzy są znacznie lepsi w tym, co robią. Simracerzy lepiej radzą sobie w wirtualnej rywalizacji, kierowcy wyścigowi na torach. Dużą różnicę robi przede wszystkim doświadczenie. Stres pojawia się bez względu na to, z kim rywalizujesz. Tak samo zależy ci na dobrym wyniku, bo poziom rywalizacji tak czy inaczej jest bardzo wysoki. To, czy ktoś ma na nazwisko Verstappen, czy jakiekolwiek inne, nie robi nam żadnej różnicy. Po prostu trzeba go pokonać.

Nikodem Wiśniewski: Presja była większa, bo takie osoby przyciągają większą oglądalność. Jeśli mamy jechać w evencie, który obejrzy kilkaset osób, to się cieszymy, że go wygraliśmy, ale nadal nie ma to tak dużego prestiżu. Jeśli zajmiemy drugie czy trzecie miejsce, to jest to głównie rozczarowanie dla nas. Jeśli jednak jest to event, który jest pokazywany w wielu krajach w telewizji, który ogląda kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy osób, zdajesz sobie sprawę, że to bardzo dobra okazja, by się pokazać i szkoda byłoby tego nie wykorzystać. Byłoby przykro wywinąć jakiś numer, stracić prowadzenie i spaść w dół stawki, choć z drugiej strony zawsze dobrze pokazać się chociaż na chwilę, zamiast być cały czas na tyle.

Jakie znaczenie dla was miał fakt, że startujecie w tak prestiżowym wyścigu, który pod względem popularności przewyższał wasze dotychczasowe starty?

Kuba: Podświadomie nie dopuszczałem do siebie faktu, że transmisja z tego wyścigu będzie pokazywana w telewizji i ile osób będzie ją oglądać. Nie chciałem na siebie nakładać dodatkowej presji. Każdy wyścig chce się wygrać i nie było powodu, żeby wbijać sobie do głowy, że ten jest dużo ważniejszy niż wszystkie pozostałe, bo presja mogłaby wręcz za bardzo uderzyć do głowy, więc starałem się na tym zupełnie nie skupiać.

Nikodem: Jak tylko ogłoszono składy zespołów i zobaczyłem, ile trudu wkładają organizatorzy, aby to wszystko fajnie wyszło, jak wyglądała transmisja, ile pracy włożono w reklamę tego wyścigu i ile realnych zespołów było w to zaangażowanych, także pod względem promocyjnym, to ma się jednak z tyłu głowy, jak wielką rangę ma to wydarzenie.

Nie jest to wasza pierwsza wygrana w 24-godzinnym wyścigu na torze Le Mans. Czym to zwycięstwo różni się od poprzednich?

Kuba: Znacznie więcej osób zainteresowało się tą wygraną w porównaniu do poprzednich. Poprzednie interesowały głównie nas i kilka osób, które się nami interesują, a to zwycięstwo dostrzegł cały świat wyścigowy i simracingowy, więc bardzo nam pomoże pod względem szeroko rozumianej popularności, zasięgów, budowania swojej własnej marki. To jest największy zysk z tej wygranej, zamiast jakichś materialnych nagród.

Nikodem: Stawka była zdecydowanie najsilniejsza, jeśli chodzi o zawody simracingowe. My z zawodnikami simracingu rywalizujemy na co dzień i wiemy na co ich stać. Tu jednak oprócz nich trzeba było wziąć pod uwagę pracę, którą włożyli także w przygotowanie swoich partnerów, z którymi współpracowali. Chcieli pomóc kierowcom wyścigowym pokazać się z jak najlepszej strony, żeby pokazać, jak simracing wygląda czy może wyglądać. Było także stosunkowo dużo czasu na przygotowania do wyścigu, bo zazwyczaj mamy okazję jazdy 2-3 razy w tygodniu przed wyścigiem i już się ścigamy. Nikt nie pracuje nad ustawieniami auta dwa tygodnie, tak jak to było teraz, i nie trenuje każdej możliwej pogody, i każdego możliwego scenariusza.

Jak wyglądały wasze przygotowania do tego wyścigu? Co pod tym względem zmieniał fakt, że musieliście przygotować także kierowców, którzy z simracingiem na co dzień nie mają wiele do czynienia?

Kuba: Na początku się dowiedzieliśmy, że w ogóle jedziemy Le Mans i bardzo nas to ucieszyło, bo bardzo chcieliśmy pojechać jakiś długodystansowy wyścig. Potem usłyszeliśmy, że jedziemy z prawdziwymi kierowcami i pomyśleliśmy "o jezu, może być słabo", bo baliśmy się, że trafimy na kogoś, kto nigdy nie miał do czynienia z symulatorem albo bawi się w simracing od dwóch tygodni i popsuje nam wyścig. Przyszedł Louis i Raffaele, i od razu zaczęli poważnie trenować, celować w nasze czasy, co nas bardzo mocno podbudowało. To sprawiało, że nam też chciało się pracować, bo mieliśmy świadomość, że nieważne, ile pracy my włożymy, oni włożą co najmniej tyle samo i to zaowocuje w wyścigu.

Nikodem: W czasie, gdy inni kierowcy jeszcze nie zainstalowali gry, oni zrobili już ponad sto okrążeń.

Kuba: Gdy my pojechaliśmy na zaplanowane wcześniej krótkie wakacje, oni sami trenowali. Byliśmy w szoku, gdy my byliśmy nad morzem, a oni wysyłali nam screeny swoich czasów, gdy cały czas się poprawiali.

Co było najtrudniejsze w przygotowaniach do tegorocznego wyścigu?

Nikodem: Od samego początku wiedzieliśmy, że musimy mieć dobrze ustawiony samochód. Gdybyśmy mieli jechać cały wyścig odstając o pół sekundy od faworytów, to byłaby męczarnia i nie wyszłoby z tego nic dobrego. Z jednej strony samochód musiał być szybki, a z drugiej nie mogliśmy przesadzić, żeby się nie zabić, bo gdy ktoś wsiada o 3 w nocy i koncentracja lekko spada, dużo łatwiej o prosty błąd. Samochód musiał być więc dość stabilny i pasować nam wszystkim, bo wszyscy czterej musieliśmy jechać na tych samych ustawieniach samochodu.

Kuba: Staraliśmy się nie wpaść w pułapkę poszukiwania ostatnich części sekundy w ustawieniach i sprawić, że samochód stanie się przez to niestabilny, bo setup na 30-minutowy stint [przejazd pomiędzy wizytami w boksie - przyp.red.], a setup na 24-godzinny wyścig to dwie zupełnie różne rzeczy. Podczas wyścigów testowych wydawało się, że niektórzy mają nieco szybsze auta, ale nieco mniej stabilne, dlatego skupiliśmy się na tym, żeby samochód był stabilny i na suchym torze, i w deszczu, i na zużytych oponach, zamiast szukać ostatnich 0,05 sekundy.

Jak wiele zmieniały z waszej perspektywy czerwone flagi spowodowane problemami z serwerem?

Nikodem: Staraliśmy się zachować spokojną głowę. Jeśli nie jesteś liderem, wystarczy jeden wypadek, wyjeżdża safety car i cała stawka zjeżdża się na nowo. Ważne, żeby być cały czas na dobrej strategii, nie odstawać ze stratą okrążenia do lidera, bo jest wtedy znacznie trudniej odbudować swoje szanse na sukces. Dopóki nie traci się wiele, można zawsze wyjść na czoło, np. dzięki dobrej strategii i temu, że trzymamy się z dala od wszelkich incydentów.

Kuba: Pierwsza flaga bardzo nam pomogła. Cieszyliśmy się, że jesteśmy w stanie powrócić do rywalizacji. Przy drugiej było trochę stresu, ale próbowaliśmy podejść do tego spokojnie, bo wiedzieliśmy, że mamy bardzo dobre tempo. Przez dwadzieścia godzin pokazaliśmy, że możemy być liderami. Straciliśmy przewagę, ale nadal byliśmy liderami i wiedzieliśmy, że możemy na nowo ją budować i jesteśmy w stanie to zrobić.

Czy takie wydarzenia mogą odbywać się w przyszłości, po powrocie rywalizacji na torze?

Kuba: Mamy taką nadzieję! Z pewnością simracing z powodu koronawirusa, został "sztucznie" napompowany. To oczywiste, że gdy Max Verstappen czy Lando Norris przestaną jeździć tak dużo w symulatorach, wiele osób przestanie oglądać simracing, ale liczymy, że część osób się do niego na dobre przekonała i zostanie z nami na dłużej. Jeśli oglądalność nadal będzie wysoka, to organizatorzy z pewnością będą myśleć, aby takie wydarzenia organizować ponownie. Pandemia z pewnością pomogła simracingowi i mamy nadzieję, że to przyniesie długotrwałe efekty.

Nikodem: Myślę, że będą pojawiać się takie zawody, z coraz większymi sponsorami i coraz większymi nagrodami, a simracing wejdzie na jeszcze bardziej profesjonalny poziom, jeśli chodzi o esport. Cały czas zostawaliśmy pod tym względem w tyle, bo wystarczy porównać turnieje w Counter Strike czy FIFĘ, czy cokolwiek innego do simracingu, żeby zauważyć, że odstawaliśmy choćby pod względem promocyjnym tych eventów. Do tej pory nie było oglądalności, dlatego trudno było przekonać sponsorów, bo nie widział żadnego efektu. Nikt nie wyłoży pieniędzy na wydarzenie, które zobaczy tysiąc osób. Myślę, że ten wyścig zobaczyło na całym świecie co najmniej kilkanaście milionów osób i część z nich simracing z pewnością zainteresuje. Jest bardzo ciekawym esportem, bo jest odpowiednikiem prawdziwego sportu, a kierowcy rywalizujący w nim mają umiejętności, które przekładają się ten realny świat.

Co może przekonać niedzielnych widzów do śledzenia i obserwowania simracingu?

Kuba: Ja sam lubię czasem obejrzeć zawody simracingowe i oglądam je dlatego, że o końcowym wyniku decydują umiejętności. W prawdziwym motorsporcie są różnice w sprzęcie. W simracingu niemal wszystko zależy od kierowcy, który przygotuje odpowiednie ustawienia w treningu. Wyścigi są zdecydowanie ciekawsze, bo decydują jednak jedynie umiejętności, a po drugie wiem, że jeśli ktoś wygrał, to dlatego, że był zdecydowanie najszybszy.

Nikodem: Dotychczas do oglądania wyścigów simracingowych przekonywały nazwiska w stawce. Myślę, że w końcu pojawiło się kilka nazwisk simracerów, które także mogą przyciągnąć widzów do oglądania, którzy tworzą swoją własną markę. Na świecie znany jest Greger Huttu, który jest legendą simracingu, bo jeździ od prawie 20 lat, od 10 lat rywalizuje w iRacing. Wiele osób nadal chce go oglądać.

Dodatkową opcją mogłoby być także urozmaicenie tych wyścigów. Myślę, że ciekawym pomysłem byłoby głosowanie na kierowcę dnia, czy rywalizacja o "Super Pole", cokolwiek, co wprowadziło nieco więcej niepewności do rywalizacji. Nasz wyścig oglądało się z pewnością bardzo dobrze, bo do samego końca nie było wiadomo, kto go wygra.

Na co dzień jesteście kierowcami esportowej sekcji Williamsa. Jak wiele zmieniło się w waszym życiu, odkąd dołączyliście do tak legendarnego zespołu?

Kuba: Zmieniło się bardzo dużo. Dotychczas byliśmy "tylko" simracerami, teraz staliśmy się esportowcami. Po pierwsze, dostajemy pieniądze od zespołu, mamy wsparcie dotyczące sprzętu i sponsorów, mamy zapewnione wszelkie sprawy organizacyjne typu przeloty na zawody, dostaliśmy swojego managera. Po drugie, staliśmy się bardziej rozpoznawalni, bo każdy kojarzy zespół Williamsa, który jest legendą Formuły 1. Przeciętna osoba w Polsce nie zna żadnego zespołu esportowego, ale jak usłyszy, że jesteśmy kierowcami Williamsa, to każdy mniej więcej już wie, o co dokładnie chodzi.

Nikodem: Zmieniła się trochę hierarchia w moim życiu. Na początku to było tylko hobby, z którego czerpałem radość. Gdy wygrałem jakieś zawody, na konto wpływały pierwsze pieniądze. Odkąd dołączyłem do zespołu, stało się to trochę moją pracą. Przeszedłem też na zdecydowanie bardziej profesjonalny poziom. To daje dużo motywacji do pracy, bo masz za sobą taki zespół, który cię cały czas obserwuje. Chcesz się wtedy za wszelką cenę pokazać z jak najlepszej strony. Skoro cię wybrali, to chcesz udowodnić swoją wartość. Gdy jeździłem sam dla siebie, myślałem, żeby odpuścić jakieś zawody, bo chciałbym pojechać na rowery z kolegą. Gdy masz za sobą cały zespół, poświęcasz temu 100 procent swojej uwagi, to ambicja nie pozwala ci się już zatrzymać.

Przeczytaj także:

Więcej o: