Adrian Kostrzębski: Szef Premier League bardziej od La Ligi obawia się e-sportu

- Szef Premier League pytany o to, co jest dla niego największym zagrożeniem, wskazał nie rozwój La Ligi, Ligue 1 czy Bundesligi. Tym zagrożeniem jest według niego e-sport - mówi w rozmowie dla Sport.pl Adrian Kostrzębski. Z rzecznikiem polskiego oddziału ESL, największego na świecie organizatora rozgrywek e-sportowych, rozmawialiśmy m.in. o znaczeniu turnieju IEM w Katowicach, zmianie w postrzeganiu e-sportu przez społeczeństwo, a także wpływie wirtualnych zmagań na sport tradycyjny.

Sport:pl: - Zacznijmy od Intel Extreme Masters w Katowicach. Jedna z największych imprez e-sportowych na świecie, a dodatkowo od kilku lat jednocześnie finał serii turniejów IEM, które rozgrywane są na całym globie. Polska nie jest największym rynkiem e-sportowym w Europie, wciąż sporo nam brakuje chociażby do Brytyjczyków, Rosjan czy Szwedów. Dlaczego więc to nasz kraj organizuje finał tak prestiżowej imprezy?

Adrian Kostrzębski: - Kiedy IEM Katowice pierwszy raz pojawił się na e-sportowej mapie świata, było bardzo dużo obaw, jak ta impreza zostanie przyjęta w naszym kraju. Mieliśmy nawet w przygotowaniach kilka wariantów, jak sprawić, żeby w przypadku mniejszej liczby odwiedzających pewnymi sztuczkami telewizyjnymi nie pokazywać tych pustych krzesełek w katowickim Spodku. Te obawy okazały się niepotrzebne, bo imprezę odwiedziło ponad 50 tysięcy ludzi. Pustych krzesełek nie było, o nie była walka. I myślę, że to właśnie kibice byli największym sukcesem i jednocześnie powodem, dla którego w Katowicach organizuje się co roku finał. Zrobili fenomenalną robotę.

- Co masz na myśli?

- Wielokrotnie zdarza się, że zawodnicy grający jakikolwiek turniej na świecie, kiedy pytani są o ich największe marzenie, to często powtarzają: wygrać turniej w Katowicach. Tutaj jest unikalna atmosfera.

- Czyli IEM Katowice to taki e-sportowy odpowiednik konkursów skoków w Zakopanem? Gracze chcą u nas grać, żeby poczuć tę atmosferę?

- Tak, zdecydowanie. Jest jeszcze tylko jedna impreza, która ma podobną rangę, i są to zawody w Kolonii - ESL One Cologne. To są takie nasze dwie perły w koronie, które posiadamy w ramach ESL. Bardzo fajni kibice są w Brazylii, tak samo w Australii, ale to Katowice i Kolonia wiodą prym w mojej ocenie. Trzeba też pamiętać, że IEM Katowice 2013 było pierwszą imprezą w historii ESL, która była samodzielna, czyli nie odbywała się podczas targów, podczas jakichś innych wydarzeń, tylko wisienką był turniej, a pozostałe rzeczy były jedynie dodatkiem. To było ogromnym ryzykiem, ale to ryzyko opłaciło się, bo ta impreza w takiej formie była sukcesem.

WIDEO: Czy esport powinien być na igrzyskach? Damian Janikowski ma swoje zdanie

Zobacz wideo

- A czy są plany, by IEM w Polsce odbywał się w innym mieście niż Katowice, czy też impreza jest tak mocno kojarzona z miastem i Spodkiem, że takie rozważania nie mają sensu?

- Ta impreza jest bardzo ważna dla miasta, ma olbrzymi walor promocyjny. Fenomenalnie wpasowuje się w strategię turystyki biznesowej, na której urzędowi miasta teraz mocno zależy. Nie można mówić, że do jakichś zmian nigdy nie dojdzie, ale z drugiej strony wydaje się, że IEM jest tak mocno zakorzeniony w Katowicach, że ciężko byłoby taką zmianę przeprowadzić. Zresztą z tego zakorzenienia bierze się mnóstwo fajnych historii. Kiedy ktoś jest na jakimś wyjeździe służbowym czy nawet wakacjach i mówi, że jest z Katowic, to słyszy w odpowiedzi od obcokrajowców: Znam! Intel Extreme Masters. Dzieje się to wszędzie: w Islandii, Japonii. Jeśli ktoś by pomyślał, że Katowice będą rozpoznawalne w tych krajach, jeszcze kilka lat temu bardzo mocno by się uśmiechnął.

- No dobrze, to skoro organizujemy w Polsce jeden z najbardziej prestiżowych turniejów, mamy tak kapitalną publiczność i renomę na całym świecie, to czego brakuje nam, by stać się jednym z liderów rynku e-sportowego na Starym Kontynencie?

- Myślę, że Polska jest już w pewnym stopniu liderem, jeśli chodzi o e-sport w Europie. Mamy bardzo dużo produkcji e-sportowych dziejących się w naszym kraju. Ta najbardziej znana to IEM Katowice, ale mamy mnóstwo turniejów, które odbywają się w katowickich studiach ESL Polska. Zresztą wiele zagranicznych firm uczy się polskich rozwiązań, co można zauważyć na przykładzie IEM Katowice. Wystarczy zobaczyć, jak wyglądają turnieje innych organizacji na całym świecie i jak wiele elementów jest tam przeniesionych lub zainspirowanych tymi katowickimi, więc pod tym względem czujemy się liderami na rynku e-sportowym. Oczywiście do takiego pełnokrwistego numeru jeden, jak np. Premier League w piłce nożnej, brakuje nam większych budżetów reklamowych w naszym kraju. Ale trzeba przyznać, że z roku na rok wiele firm dostrzega coraz większy potencjał w e-sporcie i przerzuca swoje budżety ze swoich tradycyjnych form reklamowych właśnie na sport wirtualny. Nie jest jeszcze na tyle idealnie, żeby mówić, że Polska jest najlepszym, największym, najbardziej dochodowym rynkiem e-sportowym w Europie.

- Ale chyba jesteśmy na dobrej drodze? Według raportów polski rynek zalicza wzrost liczby widzów o 30 proc. rok do roku. Zainteresowanie e-sportem deklaruje w Polsce 3 miliony ludzi. A przecież e-sport to dyscyplina wciąż bardzo młoda, rozwijająca się. Gdzie jest granica możliwości, jeśli chodzi o zainteresowanie?

- Każdego roku w okolicach IEM mówię sobie, że to już jest sufit, że więcej się nie da, że to się ustabilizuje na konkretnym poziomie. Ale każdy rok mnie pozytywnie zaskakuje, bo dzieje się coś, co ma bezpośredni wpływ na kolejne wzrosty liczby widzów. Wcześniej to były sukcesy polskich zawodników i drużyn na arenie międzynarodowej, teraz wpływ na wzrosty ma ten nieszczęsny koronawirus. Pandemia pokazała, że e-sport może być przyjaznym sposobem na spędzanie czasu wolnego dla różnych grup wiekowych - zarówno ludzi młodych, jak i trochę starszych. W czasie pandemii zaliczyliśmy 80-krotny wzrost liczby widzów, na co, przyznaję się bez bicia, nie byliśmy przygotowani. To wymaga naprawdę olbrzymich inwestycji sprzętowych, żeby taki ruch obsłużyć. Ogromny wzrost zauważyliśmy przede wszystkim w kontekście zainteresowania widzów transmisjami. Chyba największymi zwycięzcami w branży telewizyjnej, zaraz po stacjach informacyjnych, są w tej trudnej dla społeczeństwa sytuacji kanały e-sportowe. Tutaj prym wiedzie oczywiście Polsat Games, bo przeprowadzają tych transmisji najwięcej, ale te pozostały kanały, które są na polskim rynku, też odnotowały wzrosty.

- Myślisz, że te trendy utrzymają się po pandemii? Że duża część tych nowych widzów zostanie z e-sportem na dłużej?

- Część na pewno, bo znajdzie nową zajawkę. Myślę, że e-sport został troszeczkę bardziej dostrzeżony. To nie jest oczywiście tak, że e-sport nie był wcześniej w mainstreamie. Jako zjawisko już od dłuższego czasu nie jest anonimowy. To już nie jest tak, że wchodzi się na spotkanie do firmy, gdzie ludzie na informacje, że zajmujemy się e-sportem, marszczą czoło i pytają, co to jest. Nie ma już komentarzy typu: Zostawcie te głupie gierki, bo niczego wam w życiu dobrego nie przyniosą. Coraz częściej jest zrozumienie po stronie klientów, po stronie mediów, czym jest e-sport, jak funkcjonuje, i że to jest miejsce, w którym mamy wszystko to, co w sporcie tradycyjnym. Widzowie dostrzegają, że mamy gwiazdy, mamy celebrytów, emocje i rywalizację.

- Oprawę medialną też niczego sobie.

- Dokładnie. Ja się na tym łapię czasem, że kiedy chcę pooglądać jakiś sport tradycyjny w telewizji, to się nudzę. Lubię siatkówkę przykładowo. Sport świetny, ale oprawa wokół niego nudna. W piłce nożnej to samo. Ja jestem jednym z tych nielicznych, którzy uważają, że polska ekstraklasa to jest najlepsza liga piłkarska na świecie (śmiech), ale można by na pewno nad tą oprawą dla kibica, dla widza popracować. Żeby to było show, żeby ciągle coś się działo. Bo kiedy odpalasz transmisję z rozgrywek e-sportowych, to dostajesz widowisko z super oprawą i dynamiką. To też może przekonać tych nowych widzów i sprawić, że zostaną z e-sportem na dłużej.

- Notujecie te wzrosty od kilku lat, mniejsze lub większe, a zainteresowanie e-sportem stale rośnie. W piłce nożnej istnieje za to taki globalny trend, który pokazuje, że na największych rynkach w Europie zainteresowanie dyscypliną osiągnęło szczyt, może nawet z biegiem lat spadać. Dlatego Premier League czy La Liga szukają teraz pieniędzy w Stanach czy Azji. Zastanawiam się, czy to nie ma częściowo związku z e-sportem i nowym pokoleniem widzów, dla których tradycyjny sport jest mniej atrakcyjny. Nie jest przypadkiem tak, że ta nowa generacja widzów będzie zacierać różnice w oglądalności pomiędzy sportem wirtualnym a tradycyjnym?

- To już się dzieje. Chyba dwa albo trzy lata temu szef Premier League, mówiąc o tym, co jest dla niego największym zagrożeniem, powiedział, że nie rozwój La Liga, Ligue 1 czy Bundesligi, tylko e-sport. Jak na początku instytucje sportowe bardzo pejoratywnie określały sport wirtualny, twierdząc, że to nie jest sport, że przecież nie można się zmęczyć, tak teraz następuje już swojego rodzaju zmiana myślenia. Te instytucje zaczynają wychodzić z założenia, że powinny się w e-sport zaangażować, bo inaczej zostaną w tyle.

- No właśnie, dlatego odnoszę wrażenie, że - przykładowo - dyskusja nad tym, czy e-sport jest potrzebny na igrzyskach olimpijskich, jest bez sensu. Igrzyska, w obliczu tej zmiany pokoleniowej, e-sportu potrzebują chyba bardziej niż e-sport igrzysk.

- Ja jestem wychowany w duchu, w którym igrzyska są spełnieniem marzeń każdego sportowca. Móc reprezentować swój kraj na takiej imprezie byłoby czymś niesamowitym. Zgodzę się jednak z tym, co powiedziałeś na temat tego, czy e-sport tych igrzysk potrzebuje. Wydaje mi się, że są już eventy na świecie, które mimowolnie zostały przypisane do pewnych kategorii, są mistrzostwa Europy, jest takie święto światowego Counter-Strike’a, które odbywa się w Kolonii, prestiżowy turniej w Katowicach, różne turnieje rangi Major, które realizowane są przez Valve itd. To wszystko układa się w jakąś całość. Oczywiście bardzo bym chciał, żeby e-sport był na igrzyskach. Są już zresztą pierwsze jaskółki na niebie. W Pjongczangu odbył się pierwszy przedolimpijski turniej e-sportowy w Starcrafta 2, przed Tokio odbędzie się kolejny z innymi grami. A czy jest to atrakcyjne dla igrzysk? Wydaje się, że tak. Czytałem raport, z którego wynika, że średnia wieku oglądającego igrzyska wynosi 55 lat. Kiedy zestawimy to ze średnią wieku oglądającego rozgrywki e-sportowe, która jest w przedziale 18-25, to atrakcyjność docelowych grup reklamowych przemawia na korzyść e-sportu. Sam e-sport też zyskałby dużo za sprawą efektu skali, mówimy w końcu o największej sportowej imprezie na świecie.

- Czyli niedługo włączę w telewizji transmisję z igrzysk i zaraz po skoku wzwyż będę mógł obejrzeć zmagania e-sportowe?

- Trudno powiedzieć. Jest potrzebna zmiana myślenia. Nadawcy telewizyjni nie są jeszcze gotowi na e-sport. Często wychodzą z żądaniem, by e-sport dostosował się do telewizji. Jasne, za telewizją idzie prestiż i dostęp do zupełnie innych budżetów reklamowych, więc ma to swoje plusy, ale z drugiej strony pewnych rzeczy nie przeskoczymy. Najbardziej rozbawił mnie pomysł na wprowadzenie limitów czasowych na grę w Counter-Strike'u, że ma trwać 30 minut i ani sekundy dłużej. Nie da się, inne realia. Powiedzieliśmy telewizji: jakoś w tenisie nie ma tej zasady i pokazujecie ten tenis. Na co odpowiedziano nam: spokojnie, w tenisie też w końcu będą. Nie sądzę, żeby to się udało. Trzeba się dostosować do reguł e-sportowych, do tego jak całe to zjawisko funkcjonuje. Oczywiście pewne dobre rzeczy można przenieść ze sportu tradycyjnego do wirtualnego, ale nie wszystko się da.