Oczywiści faworyci w półfinałach LM? W Lidze Mistrzów może zdarzyć się wszystko

W ćwierćfinałach było tyle emocji, że kibice chcą formuły "Final 8" na stałe, co roku. Dramatycznie odpadła Barcelona, ze stryczka urwało się PSG, zachwycił Olympique Lyon. Co drużyna, to inna historia. Przed nami półfinały w rytmie francusko-niemieckim. Faworytami PSG i Bayern.

Największa niespodzianka? Olympique Lyon pokonał Manchester City 3:1 i po raz kolejny Pep Guardiola obejrzy półfinały - jak my wszyscy - w domu przed telewizorem. Czwarty rok z rzędu powtarza się więc ta sama historia: Katalończyk kombinuje z taktyką, chce pokazać światu coś, czego jeszcze nie widział, ale na najbardziej zaskoczonych wyglądają jego piłkarze. Nikt się nie spodziewał, że Guardiola w tym meczu trzy razy upadnie na kolana i ze złości będzie rwał trawę. Ale rozmiar porażki FC Barcelony z Bayernem Monachium każe jednak wskazać na ten mecz, jako najbardziej zaskakujący.

Czym najbardziej przeraża Bayern?

Większość spodziewała się, że to Niemcy przejdą do półfinału. Oni jednak do niego wbiegli, nie patrząc na przeszkody, nie zwracając uwagi na rywali, bo po chwili i taki mieli ich za plecami. Trener Hansi Flick pod rękę z profesorem przygotowania fizycznego Holgerem Broichem stworzył potwora. Bayern się nie zatrzymywał, zgniatał Barceloną pressingiem, jakiego nie widziała i na jaki zdecydowanie nie była przygotowana. Dopadł do niej jak żaden zespół w ostatnich latach. I nawet przez moment nie miał dość. Cios po ciosie - uderzał dalej. Osiem razy, samemu przyjmując tylko dwa ciosy, gdy koncentracja nieco uciekła. Później niemieccy piłkarze Bayernu powiedzieli, że nawet z Brazylią w 2014 roku na mundialu, gdy wygrali 7:1, było nieco trudniej.

 - Nad Barceloną mieliśmy większą kontrolę przez cały mecz - mówili chórem Jerome Boateng, Manuel Neuer i Thomas Mueller. A Karl-Heinz Rummenigge zdradził, że po meczu w szatni było spokojnie, jak po zwykłym ligowym meczu. Spodziewał się euforii, głośnej muzyki i tańców, a zobaczył zimnych profesjonalistów, którzy już myślą o tym, co czeka ich w półfinale. I to w Bayernie jest najbardziej przerażające: ta skrupulatność, chirurgiczne ruchy bez grama emocji. Koniec jednej operacji, początek drugiej.

A w Barcelonie? Widzieliśmy zdjęcie z przerwy, gdy Marc-Andre ter Stegen podpiera ścianę i błądzi wzrokiem po podłodze, Lionel Messi siedzi i raczej nie ma ochoty wstawać na drugą połowę. Załamka - było już 1:4, a Bayern jeszcze był głodny. Zawsze jest - jak zapewnia Robert Lewandowski, który w tym meczu, reklamowanym jako jego spotkanie z Messim - wreszcie jednym boisku, a nie tylko w tych samych zestawieniach i rankingach - strzelił dla Bayernu dopiero szóstego gola. Wcześniej piłka spadała pod nogi innym. On pięknie dogrywał Muellerowi, ale później tylko biegał z gratulacjami. Dopiero w 82. minucie sam zaczął je przyjmować po tym, jak dołożył głowę do idealnego dośrodkowania Philippe Coutinho.

To zresztą kolejna niebywała historia: asystą i dwoma golami Barcelonę dobił właśnie Coutinho - piłkarz do niej należący, a do Monachium jedynie wypożyczony. Jeden z jej największych niewypałów transferowych, żywy dowód na niekompetencje klubowych władz, które kupiły go z Liverpoolu za 145 milionów euro, a już po roku oddały klubowi, od którego teraz solidnie oberwały. Mało? Okazuje się, że ostatni gwizdek meczu nie był końcem tej historii. Otóż, jeśli Brazylijczyk wygra z Bayernem Ligę Mistrzów, to Barcelona zapłaci Liverpoolowi kolejnych pięć milionów. Angielskie media twierdzą, że Barcelona, kupując Brazylijczyka zobowiązała się dopłacić, jeśli ten w sezonie w sezonie 2018/2019 lub 2019/2020 wygra Ligę Mistrzów. W umowie nie doprecyzowano, że musi po nią sięgnąć w koszulce Barcelony, więc wypożyczenie do Bayernu nie anulowało zapisu. Nikt w biurach Camp Nou nie wpadł też na pomysł, by wypożyczając Coutinho, przenieść na Bayern ewentualny obowiązek zapłaty. Ale czy kogoś jeszcze to dziwi?

W Barcelonie spodziewają się trzęsienia ziemi

Barcelona ma w gabinetach ludzi, którzy obierają kibicom pasję. Prezes Bartomeu wynajmuje internetowych trolli do obrażania swoich piłkarzy, Messi publicznie kłóci się z dyrektorem sportowym Ericiem Abidalem, inni dyrektorzy przepalają 800 milionów euro na zawodników, których nie ma już w klubie, Arthur Melo zostaje wymieniony na Miralema Pjanicia, żeby sztucznie załatać dziurę w budżecie, po czym obraża się na klub i nie gra ani jednego meczu więcej, kibice wstydzą się po meczach z Romą, Liverpoolem i Bayernem, a La Masia od kilku lat pozostaje w rozsypce - jej ostatni naprawdę udany wychowanek nazywa się Thiago Alcantara i w piątek grał dla Bayernu. Te wszystkie wartości, które pozwalały na używanie sloganu "więcej niż klub", gdzieś uleciały. Teraz, po tak dotkliwej porażce z Bayernem, najwyższej w historii klubu od czasów powojennych, przyszedł czas rozliczeń.

Media spodziewają się trzęsienia ziemi: Quique Setien już został zwolniony, potrzebne jest jeszcze tylko oficjalne potwierdzenie, Abidal ma bronić się przed zarządem prezentacją swoich dokonań w ostatnim roku, ale argumentów może mu zabraknąć, więc dziennikarze już postawili na nim krzyżyk. Ale rewolucja ma sięgnąć wszystkich klubowych szczebli. Gerard Pique deklaruje - "jeśli to dobre dla Barcelony, odejdę jako pierwszy". Według "Mundo Deportivo" nietykalni są tylko ter Stegen, Clement Lenglet, Frenkie De Jong i Lionel Messi. Reszta może zostać sprzedana, jeśli pojawią się przyzwoite oferty za podstarzałych, nasyconych panów. Dyrektorzy prawdopodobnie zostaną pogonieni w przyspieszonych wyborach na prezesa klubu. Dopiero wtedy do Barcelony będą gotowe wrócić największe legendy - Xavi Hernandez, Carles Puyol, Andres Iniesta - by pomóc jej odzyskać tożsamość. Z obecnymi władzami nie chcą mieć nic wspólnego. Barcelonę czeka więc generalny remont - trwający nie tygodnie, pewnie nawet nie miesiące, a lata. Musi nadać sens temu 2:8, by - jak powiedział Pique - ten koszmar do czegoś się przydał.

PSG wreszcie ma lidera

Problemem Barcelony była też podstarzała pierwsza jedenastka - średnia wieku wyniosła blisko 30 lat (29,54) i była najwyższą w historii jej występów w Lidze Mistrzów. W składzie miała aż sześciu zwycięzców Ligi Mistrzów z Berlina z 2015 roku i jeszcze Vidala, który wtedy grał dla Juventusu. Wielu z nich osiągnęło wówczas swój szczyt, a minęło już pięć lat. To widać po tym jak biegają i się poruszają. Z maszynami z Monachium byli po prostu bez szans. W dodatku w 2015 mieli na lewym skrzydle Neymara, za którym teraz tęsknią bardziej niż kiedykolwiek, bo gdy ona kompromitowała się z Bayernem, on rozprawiał się z Atalantą.

Gdy odchodził z Barcelony za 222 miliony euro, by zostać Messim Paryża, myślał o blaskach takiej pozycji w zespole. Ale w ćwierćfinale przeciwko Atalancie przez ponad godzinę poznawał cienie bycia Messim i wyrastania ponad drużynę. Był sam. Mógł liczyć tylko siebie: w środku i na skrzydle, rozgrywał, uciekał obrońcom sprzed nosa, dogrywał Icardiemu, dośrodkowywał z rzutów wolnych, ale gdy sam dochodził do bardzo dobrych okazji - marnował je w sposób wręcz niewytłumaczalny. PSG do ostatnich minuty przegrywało 0:1. Kibice zaczynali już wierzyć w piękną bajkę o piłkarskim Kopciuszku. Na bal najlepszych zespołów w Lizbonie Atalanta też weszła zupełnie niespodziewanie. Skromna, znacznie biedniejsza od PSG, przedstawicielka miasta, z którym koronawirus - jak zła macocha - obszedł się najbrutalniej. Ale na tym balu była urzekająca, Gian Piero Gasperini skroił jej suknię na miarę. I wszystko było jak w bajce: udany początek, gol Mario Pasalicia, pudła Neymara, trwanie z jednobramkowym prowadzeniem aż do 90. minuty. Ale zakończenie było wybitnie niebaśniowe, jakby ktoś pomylił scenariusze - bo oto książę w ostatniej chwili odwrócił się od Kopciuszka i wybrał jej przyrodnią siostrę. Tak inną - bogatą i dopieszczoną. To ona wsiadła do karety i zmierza do pałacu, o którym od dawna marzyła, ale do którego dotychczas nie chcieli jej wpuścić.

O awansie PSG ostatecznie przesądziła jakość piłkarzy sprowadzanych za największe pieniądze - Neymara, który asystował przy pierwszym golu i znakomitym podaniem do Kyliana Mbappe dał początek drugiemu. To oni rozegrali akcję, którą wykończył Eric Choupo-Moting. Wcześniej Neymar szesnaście razy (rekord Ligi Mistrzów) mijał obrońców Atalanty. Bawił się i pokazywał, że na najważniejsze mecze zbudował doskonałą formę. W półfinale Mbappe zagra już od początku, Di Maria nie będzie zawieszony, Keylor Navas najpewniej zdąży wyzdrowieć. Siła PSG będzie więc jeszcze większa. Dlatego półfinały - PSG z RB Lipsk i Bayernu Monachium z Olympiquem Lyon zapowiadają się tak pasjonująco. Według analityków STS w finale zobaczymy PSG i Bayern.