Najdziwniejszy sezon ekstraklasy kończy się najnormalniej od lat. Triumf spokoju, cierpliwości i zdrowego rozsądku

W ekstraklasie zaczęła triumfować normalność: cierpliwość prezesów, zdrowy rozsądek przy transferach, długofalowe spojrzenie. Kto spokojny i cierpliwy - jest na górze. Im ktoś bardziej panikował i kombinował, tym jest niżej. Trudno przypuszczać, by w kolejnym sezonie coś się zmieniło. Dobrze by to o naszej lidze świadczyło.

Najdziwniejszy sezon w historii - przedzielony przez pandemię koronawirusa - kończy się w najnormalniej od lat. Kto miał być w czołówce - jest. Trenerzy, którzy kończyli poprzedni sezon, rozpoczną kolejny. Żegnamy za to kluby, które analitycy STS jeszcze przed sezonem wskazywali jako najbardziej zagrożone spadkiem: nieuporządkowane, zmieniające właścicieli, dyrektorów i trenerów. Zaniedbywane od lat, ale nerwowo szukające rozwiązania na już. Ekstraklasa ewidentnie znormalniała.

Normalność najlepiej widać po trenerach. Cierpliwość popłaca

Po raz pierwszy ostatnia kolejka sezonu zasadniczego nie rozstrzygała najważniejszych kwestii. Nie było szans na powtórkę dramatu Podbeskidzia Bielsko-Biała sprzed paru lat. Już wcześniej było wiadomo, kto będzie walczył o utrzymanie, a kto o puchary. Tylko o puchary, bo i kwestia mistrzostwa wydawała się już wtedy rozstrzygnięta - Legia Warszawa miała siedem punktów przewagi nad najgroźniejszymi rywalami - broniącym tytułu Piastem Gliwice i Lechem Poznań. Do sensacji nie doszło. Trzy kolejki przed końcem piłkarze z Warszawy odebrali, co im się należało.

I właśnie po trenerach najlepiej widać, że w najlepszych polskich klubach zapanowała normalność. W zeszły weekend trener nowych mistrzów Polski mógł być podrzucany pod niebiosa, bo kilka miesięcy wcześniej właściciel klubu z Warszaw, wykazał się większą cierpliwością od jej kibiców. Wtedy Legia odpadła w eliminacjach LM, później również w eliminacjach LE, a po jedenastej kolejce ekstraklasy była na dziewiątym miejscu. W dodatku trener wydawał się iść pod prąd, gdy nie wystawiał gwiazdy - Carlitosa. Pół Warszawy mówiło, że Vuković jeszcze za młody, za mało doświadczony. Do zmiany. Ale właściciel zaczekał, a jedno zwycięstwo wyszarpane w meczu z Lechem Poznań uruchomiło lawinę kolejnych. Mistrz Polski myśli już o europejskich pucharach, bo mecz pierwszej rundy eliminacji LM zagra 18 lub 19 sierpnia, a przy Łazienkowskiej jest najspokojniej od kilkunastu miesięcy. 

W trakcie sezonu podobnie było zresztą w Lechu, Piaście, Śląsku, Lechii, Cracovii i Pogoni - w każdym z tych klubów pojawił się gorszy moment, seria bez zwycięstwa, bolesna porażka, ale w żadnym nie zmienił się trener. Z grupy mistrzowskiej jedynie Jagiellonia Białystok zaczynała sezon z kimś innym. A i w dolnej ósemce są trenerzy, którzy od wielu lat pracują w tym samym klubie: w Rakowie i Górniku od około czterech lat są Ci sami trenerzy. Co więcej - nic nie wskazuje na zmianę. Trener Lecha Dariusz Żuraw ma coraz mocniejszą pozycję. Bez Waldemara Fornalika nikt nie wyobraża sobie Piasta. Z Vítezslava Lavicki są zadowoleni we Wrocławiu. Piotr Stokowiec drugi rok z rzędu doprowadza Lechię Gdańsk do finału PP. A Michał Probierz to jeszcze inna historia, bo w Cracovii jest wiceprezesem. Słowem - cierpliwość do trenerów popłaca.

Analitycy STS też zauważają tę stabilizację i przewidują, że w przyszłym sezonie w układzie tabeli niewiele się zmieni: obecny mistrz Polski będzie zdecydowanym faworytem do mistrzostwa, a jeśli już ktoś będzie miał jej zagrozić, to będą to te same drużyny, co w tym roku, czyli rywale z Poznania lub ustępujący mistrz Polski z Gliwic. Nie mają na to wypływu nawet możliwe odejścia najlepszych zawodników. Bo to też się nie zmienia: kto się wyróżnia, za chwilę znika. Nie ma już w lidze kluczowych zawodników poprzedniego sezonu: Valencii i Dziczka z Piasta, Carlitosa i Szymańskiego z Legii, Cabrery z Cracovii, Buksy z Pogoni, a jednak ich kluby wciąż są w czołówce. Z Lechem zimą pożegnał się kapitan Jevtić, a za chwilę odejdzie jeszcze król strzelców ekstraklasy - Christian Gytkjaer. Wygasa mu kontrakt, a oferty, które dostaje z zagranicy, zdecydowanie przebijają możliwości negocjacyjne Lecha. W jego miejsce został już sprowadzony następca: Mikael Ishak, Szwed asyryjskiego pochodzenia. I też trudno sobie wyobrazić, by z powodu tej straty klub z Poznania nagle wypadł z ligowej czołówki. Zmieniają się poszczególne trybiki, ale całe maszyny pracują na podobnych obrotach.

Spadkowicze żegnają się na własne życzenie

W tym sezonie skończyły się też te nagłe zmiany miejsc. Ostatni nie są po chwili pierwszymi, jak było jeszcze niedawno w przypadku Piasta Gliwice. Arka Gdynia, która tylko w tym sezonie miała dwóch właścicieli, czterech prezesów i czterech trenerów spada z ligi. Korona Kielce od lat wymieniana jako główny kandydat do spadku, tym razem nie dała rady się cudownie uratować. Osiągnęła dokładnie to, na co sumiennie i konsekwentnie pracowała od lat. W czasach, gdy cała ekstraklasa przestała przypominać maszynę losującą, w Kielcach wciąż losowali przypadkowych piłkarzy, których sprowadzali z zagranicy. Bez ładu i składu. A po tych dwóch, może trzech, zawodników, za którymi byśmy zatęsknili, pewnie i tak zgłoszą się inne kluby.

Z ostatniego miejsca spada natomiast beniaminek - ŁKS Łódź. Spada z największym hukiem od 17 lat. Ale czy kogoś to dziwi? W maju, raptem kilkanaście dni przed wznowieniem rozgrywek, zwolniony został Kazimierz Moskal, który kilka tygodni wcześniej prezes Tomasz Salski publicznie zapewniał o bezpiecznej posadzie. - Nawet jeśli spadniemy, to wrócimy do ekstraklasy z trenerem Moskalem - zapewniał. W kuluarach mówiło się w tym czasie o konflikcie między trenerem a dyrektorem sportowym. Za nowym trenerem - Wojciechem Stawowym też ponoć nie wszyscy w klubie przepadają. I tak targany wewnętrznymi konfliktami ŁKS wrócił do pierwszej ligi. I to też dowód na normalność tej ligi - zespół tak grający w defensywnie nie ma bowiem prawa się w niej utrzymać.

STS to legalny bukmacher. Gra u nielegalnych podlega karze. Hazard może uzależniać.

Więcej o: