Runmageddon Global. Ludzie, przygoda, wyścig. W tej kolejności!

50 lub 120 kilometrów po pustyni, w trzy dni, z przydziałem wody, śpiąc w namiotach. Od początku wszyscy wiedzieli, że to nie jest zwykły bieg. Ale nikt nie wiedział, że tak niezwykły.

Krzysztof jest chirurgiem. Pracuje średnio około 320 godzin w miesiącu, kilkunastogodzinne dyżury na oddziale chirurgicznym i SOR, żona, mały synek. Jedyny czas na treningi to późny wieczór, czasem noc, gdzieś między 22:00 a północą. - Zakładam czołówkę i biegnę do lasu. I tak to się zaczęło. Skoro trenuję w dziwnych warunkach, to stwierdziłem, że startować też mogę w dziwnych! – śmieje się Krzysztof. Biegać zaczął na studiach w Niemczech. Tam pierwszy raz zobaczył, że tak można spędzać wolny czas. Natomiast od zawsze ciągnęło go do sportów ekstremalnych. Próbował już skoków ze spadochronem, kiteboardingu, paralotni, krav magi. Więc dlaczego nie pobiec 120km po Saharze.. z przeszkodami? Zaczął ostro trenować. W styczniu ważył 90 kg, w marcu, tuż przed wylotem na Runmageddon Global Sahara, już 80 kg. Ale na kilka tygodni przed biegiem życie zweryfikowało plany. Ból piszczeli nie pozwalał nawet chodzić, co dopiero biegać. Diagnoza: zapalenie okostnej. Krzysztof miał obawy, czy w ogóle uda się pobiec. Udało się, ale „tylko” dystans 50 km, a właściwie ponad 70 km, bo po ukończeniu ostatniego etapu biegu, Krzysztof postanowił potowarzyszyć jeszcze kawałek koledze i dorzucił te dwadzieścia-parę kilometrów.

- Rodzina Runmageddończyków [jak sami się nazywają] jest niesamowita. Wszyscy sobie pomagają, a im jest trudniej, tym bardziej. W życiu rzadko tak to działa – mówi Krzysztof. - Na co dzień stykam się w pracy z narzekającymi ludźmi. Tam nie narzekał NIKT. Nawet wtedy, gdy musiałem interweniować i przebijać powstałe na stopach pęcherze czy wycinać zniszczone paznokcie.

Julita, nauczycielka, która stanęła na podium biegu na 50 km, mówi dokładnie to samo. - Moja wygrana to jest nic w porównaniu z tym, co wygrałam poza biegiem. Zyskałam paczkę przyjaciół. Przez 36 lat czekałam na tych ludzi! – przyznaje. - Początkowo nie miałam pewności, że się polubimy. Wszyscy wydzierani, przypakowani, łysi, z brodą. Kiedy na starcie pierwszego etapu pomogli mi ze sprzętem i przetkali rurkę do bukłaka z wodą, okazało się, ze nie są tacy groźni. Nie przypuszczałam, że w 5 dni da się poznać przyjaciół na całe życie – wzrusza się Julita. - Od wyjazdu na Saharę minęły już prawie trzy miesiące, mieszkamy w różnych częściach Polski, dzielą nas setki kilometrów, a widujemy regularnie co 2-3 tygodnie. Umawiamy się na wspólne biegi czy treningi.

Od ludzi zaczyna swoją opowieść o Runmageddonie także Dominika Stelmach, jedna z najlepszych biegaczek dystansowych w Polsce i na świecie. Wygrana w biegu na dystansie 120 km przypadła oczywiście jej. - Na Runmageddon Global tworzy się coś, na co nie ma szans na zwykłych biegach. Bardzo silne, przyjacielskie relacje. Mieszkamy razem w namiotach, wszystkie wieczory spędzamy razem, pomagamy sobie także na trasie. Nie czuć takiej rywalizacji, jak na standardowych zawodach. To bardziej przygoda. Przygoda ze świetnymi, czasami naprawdę.. wspaniale nienormalnymi ludźmi! – śmieje się Dominika. Julita uczy WF-u w szkole w Józefosławiu. Uczniowie kibicują pewnie najmocniej. Śledzą na Facebooku, komentują. Czuje dobrą energię. A zaczynała bez jakiegokolwiek wsparcia. Wręcz przeciwnie – z kompleksami i szyderą ze strony tych, którzy się dowiedzieli, że zamierza wystartować w Runmageddonie. Pierwszym marzeniem i jednocześnie powodem, dla którego Julita wzięła się za ten rodzaj biegów, było pozbycie się lęków. – Bałam się wysokości, nienawidziłam wody i błota, nie wierzyłam w siebie. Miałam dość siebie i swojej bezradności. Musiałam wyjść tym lękom naprzeciw.

Zmierzyć się nimi. Poczuć, że jestem silna, żeby mogę zrobić wszystko. Zaczęłam się przygotowywać. Przyznaję, było ciężko. Do perfekcji opanowałam optymalne wykorzystanie czasu. Każdą możliwą chwilę przeznaczam na trening. Kiedy córeczka bawi się na placu zabaw, ja robię planki i pompki. Ćwiczę też razem z uczniami na moich lekcjach wf-u. Wieczorami prowadzę zajęcia fitness. I tak, po 6 miesiącach po urodzeniu drugiej córki, wystartowałam w moim pierwszym Runmageddonie w Warszawie. Na mecie była nieopisana radość, nieopisane zmęczenie i myśl „chce więcej!”, spełniać więcej marzeń! Ostatnim było zobaczenie pustyni. - Nigdy nie zapomnę wschodu słońca nad Saharą. To po tam jechałam! Kolejne marzenie spełnione – cieszy się Julita. A po drodze wpadło jeszcze mnóstwo fantastycznych wspomnień, których nawet się nie spodziewała, np. - wspólne zwiedzanie Marrakeszu czy spontaniczna wycieczka na wielbłądach dzięki uprzejmości napotkanych wędrowców.

Ale Runmageddon Global to nie (tylko) inspirująca wycieczka. To wymagający, etapowy bieg po pustyni, wielkich wydmach, błotnistych, wyschniętych korytach rzek i po górach. - To czasem strach np. przed samotnym, nocnym biegiem po pustyni. To nerwy czy wystarczy wody, czy nogi nie odmówią posłuszeństwa, czy pęcherze na stopach pozwolą dalej biec – wspomina Julita. Na szczęście był „dyżurny” Pan Chirurg, Krzysztof.

- Uwielbiam etapówki! Tego typu bieg, szczególnie wczesną wiosną czy potem jesienią, to jest wręcz idealny trening pod maraton. Taki wyjazd doskonale może zastąpić obóz kondycyjny. – radzi Dominika Stelmach. Sto kilometrów w ciągu 3 dni to kawał porządnej, treningowej roboty, a aspekt rywalizacji dodatkowo sprawia, że dajesz z siebie więcej niż na zwykłych treningu. To także świetne przetarcie dla osób, które chciałaby spróbować swoich sił w górskim ultra, ale jeszcze się boją. Tu dystans jest rozłożony na trzy etapy. Dla osoby, która regularnie trenuje i biega ok. 60-70 km w tygodniu, jest to bieg do zrobienia bez większego, specyficznego przygotowania.

Co jest najtrudniejsze? Na pewno trudne są warunki pogodowe. Temperatura dochodząca do 30-paru stopni w dzień i ok. zera stopni w nocy. Trudny jest piach, w którym grzęźniesz biegnąc i który przedostaje się dosłownie wszędzie, pod ubranie, do ust, oczu. – Dla mnie najbardziej uciążliwe były problemy żołądkowe. Inny klimat, inna woda, inne jedzenie. Trudno tego uniknąć.

Krzysztof: - Po co mi Runmageddon? Żeby się wyżyć po pracy, żeby poznać samego siebie i swoje granice. I żeby mieć siłę do „dużych celów”. Dzielę sobie życie na małe i duże cele. Spełnienie małych, daje mi energię do realizacji dużych. Duży cel czeka mnie w tym roku – egzamin specjalizacyjny z chirurgii. A tymczasem na horyzoncie majaczy kolejny, mały … Gruzja i Runmageddon Global Kaukaz.

Runmageddon Global - elitarne wyzwanie