"Zwisające pastuchy elektryczne zadadzą ból i cierpienie". Dlaczego lubimy się sponiewierać? [WYWIAD]

Zaczyna nam brakować naturalnych bodźców, które nasi przodkowie mieli na co dzień - mówi o rosnącym zainteresowaniu biegami ekstremalnymi Grzegorz Więcław, magister psychologii sportu.

Damian Bąbol : Niedawno wystartowałem w Men Expert Survival Race we Wrocławiu, ekstremalnym biegu z przeszkodami. Na stronie imprezy przeczytałem opis jednej z przeszkód o nazwie elektrofaza: "To klatka o wymiarach 4 m wysokości na 6 m szerokości i długości. Z jej kopuły zwisać będą pastuchy elektryczne, które jak śmiercionośne macki meduzy zadadzą ból i cierpienie tym, którzy odważą się sforsować przeszkodę, biegnąc. Wysokie napięcie powinno skutecznie pomóc Wam w doborze taktyki".

Grzegorz Więcław : Nieźle. Rok temu sam startowałem w tej imprezie, ale bez elektrofazy. Pamiętam inną ekstremalną przeszkodę...

Jaką?

- Na trasie spotkałem wikingów, którzy uzbrojeni w gąbkowe miecze i tarcze zwyczajnie tłukli zmęczonych uczestników.

Też byli.

- Nie oszczędzali nikogo, prawda? Kiedy patrzyło się na to z boku, było widać niczym w słynnym eksperymencie więziennym Philipa Zimbardo, jak szybko ludzie wcielali się w powierzone im role oprawcy i uciśnionego. Niewielu zawodników stawiało im opór. Po prostu z pokorą przyjmowali cięgi.

Lubimy ból?

- To nie tak. Nasz mózg przede wszystkim poszukuje przyjemności, a od bólu stroni. Tyle tylko że granica między bólem a przyjemnością czasami może być bardzo cienka i różni się w zależności od danej osoby. Można też powiedzieć, że uczestnicy takiego biegu dążą do przyjemnego stanu satysfakcji, który czeka ich na mecie, kiedy będzie już po wszystkim.

Dlaczego tak licznie garniemy się do takich imprez? Skąd w nas taka wielka żądza ubłocenia i poparzenia się, poharatania nóg i rąk?

- Jedną z głównych przyczyn upatruję w naszym powrocie do korzeni. Nie oszukamy procesu ewolucji. Nasz gatunek pochodzi z afrykańskich równin, a w naszą naturę wpisana jest olbrzymia potrzeba ruchu. W ostatnim stuleciu została ona poważnie zaburzona. Prowadzimy coraz bardziej zasiedziały tryb życia. Oczywiście nie mówię o żołnierzach czy strażakach, ale o osobach, które jeżdżą do pracy samochodami. Potem przez 8, a nawet 12 godzin siedzą przed laptopem. Zaczyna im brakować naturalnych bodźców, które nasi przodkowie w swoim środowisku mieli na co dzień. Musieli pokonywać różne przeszkody, przemieszczać się, biegać, skakać. Czasami uciekać lub walczyć w celu przetrwania.

Uczestniczka Tough Guy, najbardziej ekstremalnego biegu z przeszkodamiUczestniczka Tough Guy, najbardziej ekstremalnego biegu z przeszkodami Fot. DARREN STAPLES / REUTERS Fot. DARREN STAPLES / REUTERS

Żyjemy w erze YouTube'a, Facebooka oraz Instagramu. Może uczestnictwem w takiej imprezie chcemy się na chwilę wylogować z wirtualnego do jak najbardziej surowego i rzeczywistego świata?

- No tak, ale co robimy potem? Często jeszcze z ubłoconymi rękoma pędzimy do swoich smartfonów, aby jak najszybciej wrzucić fotkę, zameldować się w wirtualnej przestrzeni i oznajmić światu, że jednak przeżyliśmy. Coraz więcej osób rejestruje przebieg takiego ekstremalnego biegu od początku do końca dzięki kamerom umieszczonym np. na czole.

To złe? Lubimy kolekcjonować wspomnienia.

- Oczywiście, że nie. Raczej naturalny znak czasu. Lubimy się chwalić swoimi osiągnięciami i tym, z czego jesteśmy dumni.

Jednocześnie chcemy być coraz bardziej sprawni.

- Zdecydowanie. To bardzo dobrze, że w świadomości wielu Polaków rodzi się potrzeba utrzymania dobrej formy fizycznej.

Fot. Sebastian Adamus / AG

Moja żona, która od biegania woli fitness, kiedy dowiedziała się o możliwości wzięcia udziału w ekstremalnym biegu z przeszkodami, bardzo się ucieszyła. Na mecie była przemoczona, ubrudzona, ale stwierdziła, że bawiła się kapitalnie.

- To, czy komuś takie wydarzenie przypadnie do gustu, też w dużej mierze uwarunkowane jest osobowością danego człowieka. Są ludzie, którzy potrzebują większej adrenaliny, wrażeń, i tacy, którzy wybierają spokojniejsze formy aktywności. Wybór imprez sportowych dla amatorów jest w Polsce coraz większy. Każdy może znaleźć coś odpowiedniego dla siebie.

A może dla niektórych osób start w biegach ulicznych na dystansach 5 lub 10 km jest passé?

- Niewykluczone. Do tej pory wśród biegaczy amatorów można było zaobserwować naturalną progresję - bieganie zamienia się w triatlon, a u niektórych nawet w Ironmana. Teraz biegi z przeszkodami. To pokazuje, że człowiek jest istotą, która poszukuje bodźców i ciągle chce się rozwijać w obliczu nowych wyzwań. Bo jesteśmy do tego stworzeni, żeby cały czas iść do przodu. Inna sprawa, że biegi survivalowe znacznie lepiej spełniają funkcję społeczną niż zawody uliczne czy triatlonowe.

Trasa nazywana jest 'Zabójczymi Polami'Trasa nazywana jest "Zabójczymi Polami" Fot. Jon Super (AP Photo/Jon Super) Fot. Jon Super (AP Photo/Jon Super)

W jaki sposób?

- W trakcie takich imprez dochodzi do większej interakcji między uczestnikami. Mam nadzieję, że w niedzielę pan się przekona, że zawodnicy są wobec siebie bardzo życzliwi i chcą być pomocni. Niektóre przeszkody nawet dla najsprawniejszej osoby są nie do pokonania w pojedynkę. Nierzadko potrzebna jest komunikacja i współpraca. Trzeba wtedy poprosić o pomoc albo podać rękę innemu uczestnikowi. Dzięki takim gestom na trasie tworzy się więź między zawodnikami. Być może potem znajdziemy tę osobę na mecie. To ciekawe z punktu widzenia nie tylko trenera mentalnego, lecz także zawodnika, który ukończył kilka takich biegów.

Wyjazd na weekend coraz częściej musi być wymyślny, przygodowy, a najlepiej hardkorowy?

- To poszukiwanie równowagi między tym, żeby się wyróżniać, a tym, żeby przynależeć do jakiejś grupy społecznej. Świat jest dla nas ciekawszy i bardziej dostępny. Nie lubimy się nudzić, więc się nie dziwię, że sportowcy amatorzy szukają coraz bardziej wymyślnych atrakcji.

Rozmawiał Damian Bąbol

Śledź autora na: twitterze oraz instagramie