Każda okazja do bliższego przyjrzenia się Mattowi Andersonowi jest dobra

Nawet wywiad z epoki kamienia łupanego.

Przesadzamy nieco z tym kamieniem łupanym, ale fakt faktem rozmowy nagranej (wnioskujemy) w trakcie przygotowań amerykańskiej kadry do rozgrywek Ligi Światowej 2010 do najświeższych zaliczyć nie można. Leciwość wywiadu to i tak najmniejszy jego problem, gdyż nie ma co ukrywać, iż pytania w nim stawiania do najbardziej fascynujących nie należą. Możemy przynajmniej posłuchać sobie brzmienia głosu naszej najnowszej siatkarskiej miłości, dobre i to. Choć i tutaj czyhały na nas nieprzyjemne przygody. Chcąc zrozumieć co tam sobie siatkarz bełkocze pod nosem (Matthew, czy ty jesteś z Kalifornii?) podkręciłyśmy głośniki i dostałyśmy jakąś koszmarną piosenką po uszach. Żeby nie było, że nie ostrzegałyśmy:

 

Jeśli nie chcecie narażać narządu słuchu na niepotrzebne straty, dopowiemy, iż Matt opowiedział nieco o swoich początkach kariery w lidze koreańskiej - biedactwo zostało pozbawione wówczas życia towarzyskiego niemal zupełnie - co odbija sobie teraz przyjaźniąc się z kolegami z reprezentacji (co wymienia jako największą zaletę gry kadrze). Ale pociąga to z kolei rozłąkę z rodziną, więc tak idealnie znowuż nie jest.

Nasze zdecydowanie ulubione pytanie to natomiast kwestia czasu wolnego, który, jak sam zawodnik przyznaje, nie spędza w jakiś szczególnie ekscytujący sposób (Internet i gry wideo), ale my za to trochę się poekscytowałyśmy jego ożywieniem, mimiką, speszonymi uśmieszkami i uroczym drapaniem się po plecach.

Rozkoszny też nasz Matthew, nieprawdaż?

Więcej o: