Róbmy swoje, czyli środa z Ligą Mistrzów

Po wieczorze pełnym niespodzianek nadszedł wieczór, w którym zdarzyło się dokładnie, lub prawie dokładnie to, czego spodziewali się wszyscy: barcelońska wielobramkowa rzeź i pogrom donieckich niewiniątek oraz angielska wysmakowana powściągliwość. Przynajmniej teoretycznie.

Myliłby się jednak ten, kto widząc wynik 5:1 sądziłby, że katalońska lwica rozszarpała ukraińskie baranki, które na rzeź poszły pokornie becząc i ze spuszczonymi łebkami. O nie - choć wynik może tego nie odzwierciedlać, to Szachtar bronił się dzielnie, grał odważnie i ofensywnie, miał swoje momenty, a nawet stuprocentowe sytuacje, i w końcu strzelił na Camp Nou bramkę - wyczyn, o jakim wiele zespołów może tylko pomarzyć...

Ciekawsze jest jednak to, że wśród aż pięciu bramek Barcelony żadna nie była autorstwa ani Davida Villi, ani Leosia Messiego. Czyżby kryzys formy spowodowany wyglądaniem pięknie w GQ, tudzież zazdrością o piękną Polkę ? Dla odmiany strzelił (drugi mecz z rzędu!) Pikuś, który z tej okazji chce Wam chyba powiedzieć coś w rodzaju "hai fajf"

GETTY IMAGES/Jasper Juinen

No to "hai".

Kiedy w Barcelonie padała bramka za bramką, w Londynie trwała obrona Częstochowy. Przy czym rolę Częstochowy pełnił stadion Stamford Bridge, a haczyk tkwi w tym, iż bronili go najeźdźcy z Manchesteru przed obrońcami z Londynu. No cóż, świat stanął na głowie, a Wayne Rooney razem z nim:

REUTERS/DYLAN MARTINEZ

Czerwonym Diabłom udało się szybko zdobyć gola, po czym stwierdziły, że 1:0 na wyjeździe to cenny wróbel w garści, lepszy niż jakiś kanarek potencjalnych przyszłych bramek, skupiły się więć, na niekiedy desperackim, ale koniec końców skutecznym bronieniu wyniku.

Przy okazji Torrresik zaznaczył swoją obecność w meczu zarabiając żółtą kartkę i dając popis najpiękniejszej złości od czasów roli śp. Elizabeth Taylor w "Poskromieniu złośnicy".

REUTERS/STEFAN WERMUTH

Och Nando, jesteś śliczny gdy się złościsz...

Więcej o: