A teraz możemy już umrzeć

Planowałyśmy napisać ten artykuł nieco wcześniej, i bardzo żalujemy, że nie napisałyśy i nie umarłyśmy. W weekend stało się bowiem coś okropnie strasznego, wobec czego, to co miało być dla nas odnalezionym sensem życia, ukoronowaniem ciężkiej pracy i estetycznym przekroczeniem absolutnie wszystkiego co do tej pory widziałyśmy, i co jeszcze kiedykolwiek zobaczymy, teraz spadło trochę do roli pocieszacza po złamaniu passy 151 spotkań bez porażki przez Mężczyznę Naszego Życia.

W Sobotę, około godziny stało się coś strasznego. Wszystkie te metafory o gromach z jasnego nieba, nożach w plecy, uderzeniach obuchem, zimnych prysznicach i tym podobnych są żałośnie nieporadze wobec tragedii jaką przeżyli wielbiciele De Speszial Łana. Niby nic takiego, niby trochę przypadkowa, trochę pechowa, dosyć skromna porażka 0:1, gdyby nie jeden mały szczegół: u siebie. U siebie. Pod wodzą trenera, któy nie przegrał u siebie od 151 spotkań, 9 lat, trzech prowadzonych klubów (ostatnia domowa porażka przytrafiła mu się jeszcze podczas pracy z FC Porto)... Ze Sportingiem Gijon, klubem zajmującym trzynastą pozycję w tabeli, który przyjechał na Santiago Bernabeu ze strachem w oczach... "I tak się właśnie kończy świat - mówi poeta - nie hukiem, ale skomleniem..."

Spróbujmy jednak zapomnieć o tym co się stało, i zachowywać przez chwilę tak, jakby Ziemia nadal kręciła się wokół Słońca i własnej osi, niebo było niebieski i wisiało w górze, a nasz świat nie roztrzaskał się w miliony drobnych kawałków niczym porcelanowa filiżanka po zderzeniu z korkiem Cristiano Ronaldo. Bo gdyby nie sobotnie wydarzenie, nasz świat mógłby się właśnie skończyć, ale byłby to koniec harmonijny, łagodny, spełniony i pełen świadomości, że nie może nas w życiu spotkać już nic lepszego, niż zdjęcia, które odkryłyśmy przypadkiem w pewnym archiwalnym numerze - jakże by inaczej - najlepszego magazynu na świecie, czyli GQ.

Zacznijmy delikatnie, niespiesznie, od różowego dresu i towarzystwa młodego Louisa van Gaala...

...ale potem będzie już tylko lepiej, na naszych i Waszych oczach dokonają się bowiem rzeczy niemożliwe - piekniejszy od Jose Mourinho może być tylko Jose Mourinho w swojej młodszej, zapierającej dech w piersiach wersji, która sprawia, że jeśli czegoś w życiu żałujemy, to tego, że Ciacha nie istniały we wczesnych latach dziewięćdziesiatych... Albo nie. Że aranżowane małżeństwa nei istniały we wczesnych latach dziewięćdziesiątych i, że nasze Mamy nie zabrały nas, naszych kołysek i pluszowych misiów i nie przehandlowały nas za skrzynkę wytrawnego porto, trzy pary dżinsów i odrobinę zielonej waluty. Nie obraziłybyśmy się. Joooose <3 <3 <3

Tak. Ten piękny pan po prawej to JEST jego tata. A ten pan po prawej na zdjęciu poniżej to jest TEN Ronaldo, przez niektórych zwanym "grubym Ronaldo" przez innych "Jedynym Właściwym Ronadlo", przez nas zaś "Legendą Futbolu", który nawiasem mówiąc zakończył własnie karierę i został przez były swój, a obecny Josego klub uhonorowany pierwszym kopnięciem piłki w feralnym meczu . No cóż, nie jest to może wymarzone zakończenie kariery, ale za to poniższe zdjęcie prezentuje czasy, kiedy obu panom powodziło się nieco lepiej. I żeby było śmieszniej: obaj pracowali w Barcelonie.

Tak, wiemy, że już się kiedyś zachwycałyśmy urodą młodego De Speszjal Łana , ale teraz mamy jeszcze jeden, naoczny dowód, że kiedyś to życie było lepsze, trawa bardziej zielona a młodzież lepsza. A żeby na koniec Was jeszcze bardziej rozbroić, rozczulić i sprawić, że podobnie jak my nie pozbieracie się do końca dnia - cios ostateczny. Jose, i jego córka Matylda:

No to teraz możemy - jeśli nie umrzeć, to przynajmniej zasnąć. I śnić, że mamy 12 lat i nazywamy się "Matylda".

rybka

Więcej o: