Meczowy Ciachomierz: FC Barcelona - Arsenal Londyn

Jakbyście pytały, to tak, zamierzamy rachunek za całoroczną sesję z naszym psychoterapeutom, nowy francuski manicure, doczepiane kępki włosów w miejsce tych wyrwanych, a także rekonstrukcję strun głosowych i dożywotni zapas melisy podzielić na pół, włożyć w dwie różowe koperty i wysłać do Barcelony i Londynu.

I przepraszamy, ale musimy to napisać: Co to był za mecz!. I jeszcze raz: CO TO BYŁ ZA MECZ! Na samo wspomnienie drżą nam ręce, serce zaczyna bić w szaleńczym tempie i instynktownie wychylamy się przez okno z telewizorem w jednej z rąk. Nie wiemy jak David Villa mógł sobie tak beztrosko strzelać biczfejsy, nie wiemy jak Wenger mógł tak z takim spokojem wygładzać swój pikowany płaszcz, kiedy na boisku rozgrywały się takie dramaty, a emocje zmieniały się niczym w kalejdoskopie. Emocje, które w przeliczeniu na suche fakty przez nasz specjalny ciachomierz prezentują się następująco:

CIACHA NA TAK:

+ całe dziewięćdziesiąt-cztery minuty, w których przeżyłyśmy więcej niż przez dziewięć i pół sezonu Ekstraklasy i kilkunastu filmach sensjacyjnych/ kryminalnych/ horrorach/ czarnych komediach. Podobało nam się, nawet jeśli troszkę (patrz wyżej) zakrawa to o masochizm.

+ Cesc Fabregas. Nie wiemy, czy to katalońskie powietrze, twarzowy żółty trykot, czy najzwyczajniejsza rączka na bioderku...

.... ale nasz Czesiu prezentował się wczoraj wyjątkowo atrakcyjnie. I jego +99 do seksapilu nie była nawet w stanie zepsuć pewna czarna plandeka przewieszona nonszalancko przez plecy. Albo co to tam innego było.

+ biczfejs Króla jako odpowiedź na wszystko. Naprawdę wszystko. Bramka samobójcza? Biczfejs. Rzut karny dla Barcelony? Biczfejs. Koledzy z drużyny zaraz pobiją się z Kanonierami? Biczfejs. Messiemu przypadkiem podwinęły się spodenki? Bicz...a, nie zaraz, tu wyjątkowo pojawił się cień uśmiechu.

embed

+ ekspresja Pepa Guardioli. Choroba? Ból pleców? Przepuklina krążka międzykręgowego ? Eee..gdzie tam. Prawdziwy dyrygent zawsze jest na posterunku, zawsze gotowy jednym zamaszystym ruchem rąk wyrazić różnorodność targających nim emocji. Od ekstatycznej radości do permanentnej złości. Od chęci dobitnego zobrazowania Daniemu Alvesowi jak bardzo bolesne mogą być jego błędu po zmolestowania Bojana.

+ temperament Robina van Persiego. Jeśli pamiętny konflikt ze Snejderem z czasów mundialowych zasiał w nas pewne ziarno konsternacji, o tyle wczorajsze wślizgi, kartki, fochy, poszturchania, faule i wszczynane bójki utwierdziły nas w przekonaniu, że Holender to rasowy bad-boy, który biczfejsom i sędziom się nie kłania. Tak wiemy, że to brzydko, że nieładnie, niegrzecznie i pod żadnym, ale to żadnym pozorem tak się nie powinno mówić panom sędziom i robić kolegom, ale czy mówiłyśmy już, że "rasowy bad-boy" to również nasz słaby punkt?

,

+ użycie wyrażenia "zadziora" w kontekście Leo Messiego, która jest rzeczą bardzo, ale to bardzo uroczą, zważywszy na to, że to ostatnie słowo jakie przychodzi nam na myśl apropo Argentyńczyka, zaraz obok "model Armaniego". Nie mniej jednak nie zmienia to faktu, że na swój pokrętno-fetyszowski sposób jesteśmy sobie w stanie wyobrazić jak David pieszczotliwie używa tej ksywki. I co więcej jest to bardzo elektryzująca wizja.

Grrrr....

CIACHA NA NIE:

- kontuzja Wojtka Szczęsnego, która obudziła skrywane głęboko pokłady patriotyzmu i kolejny raz wskoczenia w głąb ekranu, by jeśli nie magicznymi mocami uleczyć palec polskiego bramkarza, to chociaż pocieszyć i pogłaskać załamanego schodzącego z boiska. P.S. Ręka do górę, która uważa, że stuwatowy uśmiech Manuela Almunii, gdy pojawił się na murawie mało taktowny?

AFP/GETTY IMAGES/CARL DE SOUZA

- "na twarz", jako nowy, innowacyjny sposób przyjęcia piłki z rzutu wolnego. Doceniamy prekursorskie odruchy Roibna van Persiego, aczkolwiek czujemy w nim pewne zagrożenie dla istnienia naszego portalu.

- niemożność wybrania dowolnego z meczowych ujęć, zaznaczania w paincie czerwonym kółkiem fragmentu okołospodenkowego i podpisania dobitnym "SZNURECZKI". Geri? Tęskniłyśmy.

- Dotkliwa dominacja "Dumy Katalonii", na tyle dotkliwa i brutalna, a również i bardzo obrazowa, że przez jakieś 90% trwania meczu miałyśmy wrażenie, że UEFA pod naszą nieuwagę wprowadziła nowy przepis grania z jedną bramką na murawie. Ach. na szczęście Sergio Busquets był na tyle uprzejmy, by przypomnieć nam o istnieniu tej drugiej.

AFP/GETTY IMAGES/JOSEP LAGO

I cóż możemy więcej dodać? Że nie możemy zdecydować się, czy ten wczorajszy soczek piłyśmy na smutno, czy na wesoło Że kto by nie wygrał i tak jedna nasza cząstka będzie mieć przynajmniej dwumiesięczną żałobę? W chwili obecnej jednocześnie wirtualnie tulimy Jacka Wilshere'a i wykonujemy "okrzyk radości" razem z Javierem Mascherano?

No to może lepiej zabierzemy się za wysłanie tych rachunków. Myślicie, że powinnyśmy do nich dopisać wizytę u kardiologa z dolegającym nam obecnie rozłamanym na dwie połówki sercem?

Marina

Więcej o: