Z cyklu: Ciacho Niedoceniane - Marc Bartra

Czyli: "Uwaga! Uwaga! UWAGA! Młode, apetyczne, hiszpańskie ciasteczko na horyzoncie!!!". Żebyście za parę lat nam nie zarzucały, że nie informowałyśmy o jego istnieniu i nie reklamowałyśmy nieprzeciętnej urody, zanim w rytmie waka waki nie ukradła go jakaś kolumbijska piosenkarka czy inna hiszpańska dziennikarka o złym guście obuwniczym.

Poznajcie zatem słodkiego gościa naszej poniedziałkowej rubryki, kolejnego skarbu produkcji La Masii, barcelońskiego odpowiednika Alvaro Moraty, (przynajmniej według jednej trzeciej z nas) oryginalnego, niezwykle trafnego i kuszącego połączenia Fabregasa z rysami twarzy i przyciętymi, pofarbowanymi na czarno loczkami prosto od Fernando Llorente, albo po prostu Marca Bartrę.

Jeśli już ochłonęłyście i przestałyście w kółko powtarzać "Ojejciu, ale on śliczny" czy też "gdzie on się ma do mojego Fabby'ego?!" pozwólcie, że pokrótce wyjaśnimy ten spektakularny, iście akwizytorski, przepełniony zachwytem i pewnością o cudowności reklamowanego ciacha wstęp.

Zacznijmy od "kolejnego skarbu produkcji La Masii", które to wyrażenia padło jako pierwsze. Legendarna szkółka "Dumy Katalonii" starannie zajęła się jego wychowywaniem i wpajaniem niezwykłe cennej umiejętności prawidłowego pozowania do słit foci (patrz zdjęcie drugie) już od najmłodszych lat, konkretnie od dziesiątego roku życia i wprowadziła do pierwszej drużyny. Tak, tak, choć na co dzień póki co grywa w FC Barcelonie B, debiut w tej z literką "A" ma już za sobą i jako środkowy obrońca już wkrótce może być konkurencją naszego Pikusia.

Dlaczego "barceloński odpowiednik Alvaro Moraty " ? Bo to prawie że równie młodziutkie (rocznik 91) i zupełnie świeżutkie ciasteczko, które jeszcze nie miało okazji zostać docenione. Co jednak ważniejsze w tym podobieństwie również posiada wszystkie odpowiednie przymioty (jak nieśmiały uśmiech, lekko speszone spojrzenie i ogólny urok hiszpańskiego małolata), by automatycznie dodać mu +99 do nieopisanej słodkości, szeroko pojętej śliczności i bycia uroczym we wszystkim możliwych aspektach. To na trzy: Awwwwwwwwwwwwwww....

embed

Co zaś do "oryginalnego, niezwykle trafnego i kuszącego połączenia Fabregasa i Llorente", przy którym od pierwszego spojrzenia na Marca upiera się Marina , to tylko rzućcie okiem choćby na te fotki poniżej. Szeroki pocieszny uśmiech i czekoladowe oczęta jakby żywcem zdjęcie z Fabregasa, że aż zaczynamy szukać gdzieś plątającego się pod nogami Pikusia. A te rysy twarzy? Epicko zarysowana szczęka? Włosy? Llorente, jak nic. No dobra, Llorente z przyciętymi i przefarbowanymi na czarno loczkami. Ale Llorente. Ach, gdyby tylko istniał bromance Lloregas (?) i mógłby wydać na świat swoje własne potomstwo, najprawdopodobniej wyglądałoby dokładnie tak:

Z innych ciekawostek, ma umiłowanie do sweterków i szaliczków....

...do twarzy mu w kolorowych bluzach Nike....

embed

...i z dumą kontynuuje piłkarską hiszpańską tradycję "rzeczy pożyczonych". Tutaj we flanelowej koszuli w kratkę od zaznajomionego amerykańskiego farmera...

...ma jedno takie zdjęcie, które sprawia, że jakoś dziwnie odbiera wszystkie wątpliwości, sprawia, że drugi człon kluczowego pytania (ten " czy nieciacho?") odchodzi w zapomnienie, a nam jakoś tak szybko powiększa się liczebność hiszpańskiego haremu.

CIACHO!!!

P.S. Za podesłanie propozycji na dzisiejsze Ciacho Niedoceniane podziękowania wędrują w stronę carmen90 . Dzięki, kochana!

Marina

Więcej o: