Dobra, koniec świata był wczoraj, ale...

...ale... a) więcej nie pijemy b) musimy wreszcie wyczyścić monitor c) bardzo śmieszne, ale to nie te święta d) W.T.F ?!?!

Myślałyśmy, że Robert Kubica w przebraniu Mikołaja przesunął już granice Apokalipsy gdzieś na wyżyny niedostępne dla śmiertelników, że po nowych włosach Ramosa i Blance Vlasić z Shakirą i Karabaticiem z Pique (lub na odwrót) nic nas już nie będzie w stanie zaskoczyć, ale jednak, jednak, cios przyszedł ze strony najmniej spodziewanej, sztylet pod żebro, pod łopatkę, pod serce wbił nam sam piegowaty, słodki, uroczy, dobry i miły Torres, ten Torres od piegów, chałtur i zjawiskowej blond grzywy. No właśnie. Blond grzywy. A jak widać na obrazku powyżej i poniżej piegi może i są, urok jakiś pozostał, ale grzywa na pewno nie jest blond. To jest. Cholernie. Daleko. Od. Blond. Macie wodę?

(trzy godziny później, starając się nie myśleć o Tokio Hotel, reprezentacji Korei i Marylinie Mansonie)

Spokojnie. To przecież Torres. Uosobienie słodyczy i ideałów ciachowych. Piegi są wciąż na miejscu. Uroczy uśmiech podczas wizyty w szpitalu z kolegami z Liverpoolu - jak najbardziej obecny.

I może nawet jego oczy są teraz jeszcze bardziej wyraziste, jego piegi korespondują zalotnie z tym nowym kolorem, a cała twarz nabiera charakteru? Hmmm? Powiecie nam coś?

Więcej o: