Z cyklu: Ciacho Niedoceniane - Marouane Chamakh

Choć właściwie nie do końca rozumiemy, jak ktoś, kto nazywa się "Marouane Chamakh" a Ciacha potrafią bez zająknięcia i pomocy wujka google napisać jego imię i nazwisko, może być w jakikolwiek sposób niedoceniany.    

Jak często jednak byśmy nie pisały "Marouane Chamakh" i na jakich intrygujących częściach ciała nie miało to miejsca, przyznać musimy jedno: byciem tym panem nigdy nie było łatwe, Ciachoredaktorki niełaskawe, a drogi do naszych serc wyjątkowo wyboiste.

Najpierw zaczynał swoją różową karierę na naszych łamach, jako podpatrzony na boiskach francuskiej Ligue 1 sobowtór C.Rona i to nie bynajmniej ze wzglęgu na podobnie niesamowite dryblingi i rajdy boiskiem, ale bliźniacze ilości specyfiku do stylizacji włosów na głowie i co najmniej znajomy złowieszczy uśmiech.

Później z kolei przyszła pora na erę Gourcuffową, kiedy to Marouane barwionej na różowo koszulce Girondins Bordeaux stał się jedną druga najsłynniejszego francuskiego bromance'u. Ach, co to była za miłość, spacery murawą ramię w ramię, striptizy klata w klatę, nieśmiałe stęsknione spojrzenia oraz już mniej nieśmiałe pieszczoty. I bez względu na to jak bardzo teraz nam wstyd z tego powodu, to Marokańczyk robił wtedy za tą brzydszą połówkę.

Nadszedł jednak w końcu przełomowy moment w jego karierze, zarówno sportowej jak i ciachowej, wyjście z cienia rzęs Yoasia - przeprowadzka do Londynu i gra w barwach Arsenalu .

Fred

No i stało się. Nie wiemy, czy też wyjazdową koszulkę "Kanonierów" w której Chamakhowi wyjątkowo do twarzy, czy przez długo oczekiwane wyjście z cienia rzęs Yoasia, ale zaczęłyśmy spoglądać na niego jako na pełnowymiarowe ciacho.

I choć my i on musimy życ z tą brutalną świadomością, że rasowym ciachem z boskim obliczem, idealnymi rysami twarzy, albo chociaż nie wzbudzającą śmiechu fryzurą nie jest i nigdy nie będzie...

...to do końca życia i o jeden dzień dłużej Ciachoredaktorki będą twierdzić, że ten pan ma "coś" w sobie. A mówiąc "coś" mamy na przykład na myśli te usta, które nie tylko przyprawia nas o dreszcze na całym ciele, ale i fantazje na samą myśl o których rumienimy się do teraz.

Mrrr...

I najprawdopodobniej zasiedział się właśnie w kolejce "seksowne usta", gdy rozdawali odpowiedni gust w kwestii ubraniowej, odrobinę modowego smaku i książeczki z jej VII przykazaniem: "nie ubieraj białych obcisłych t-shirtów ze srebrnymi brylancikowymi napisami".

Cóż, nie każdy może być Xabim Alonso i nie każdy może wyglądać ja milion dolarów w ray-banach. Na szczęście Chamakh zdaje sobie całkowicie z tego sprawę, bo, owszem, bywają takie momenty, w których pozwala ubierać się komuś innemu, tak jak przy okazji tej ( dziwnej, bo dziwnej ) sesji pośród książkowych regałów dla magazynu "Surface"

Marouanne ChamakhMarouanne Chamakh surfacemagazine.fr

Marouanne ChamakhMarouanne Chamakh surfacemagazine.fr

Zawsze chciałyśmy zostać bibliotekarkami.

Wracając jednak do kwestii ubraniowej, Marouane na szczęście udało się wynieść conieco z szatni Bordeaux, a stare nawyki nabyte od kolegi z nazwiskiem na "G" zdaje się z czasem wcale nie zanikać. Nie, żebyśmy narzekały, albo coś w tym stylu. Po prostu przedstawiamy brutalną, nagą prawdę.

Marouanne Chamakh

I na tym właściwie mogłybyśmy zakończyć swoje wywody, odłożyć klawiatury w kąt (źle znoszą bliskie spotkania z dużą ilością śliny) i zapytać o zdanie ciachoczytelniczą wyrocznię: Podoba Wam się? Zgrzeszyłbyście dla tych ust? Chciałybyście zamienić się miejscami z Gourcuffem? I wreszcie: ciacho czy nieciacho?

P.S. Ach, jak mogłbyśmy zapomnieć o najważniejszym! On też imprezuje. I to ostro.

Marouanne Chamakh

Bo jest biczfejs - jest impreza.

Marina

Więcej o: