... i z Niemcami!

Czyli kolejny, całkiem spory kroczek na naszej Drodze do Szczęścia. Okupiony paznokciami, palpitacjami i stanem przedzawałowym, ale zrobiony!    

Bo choćbyśmy nie wiadomo jak kochały biczfejs Schweinsteigera, wytrzeszcz Ozila, czy klatę Poldiego, to zwycięstwo nad Niemcami zawsze samkuje jakoś tak... inaczej, głębiej, pełniej... A zwycięstwo na Niemcami po tie - breaku? To już w ogóle... Jeżeli uda ci się uniknąć eksplozji od nadmiaru adrenaliny, to masz potem co wnukom opowiadać...

Fenomenalinie sposywali się Kurek, Gruszka, Nowakowski, choć początek meczu zastał naszych chłopaków nieco spiętymi. Wiedziałyśmy jednak już po meczu z Kanadą , że to tylko zasłona dymna, gra pozorów, i taktyczny majstersztyk mający zamydlić oczy przeciwnikowi. Co prawda Niemcy zdecydowali tanio skóry nie sprzedawać, i po pierwszym przegranym z nami w secie wzięli się w garść i drugiego wygrali 25:21. Wtedy Polacy poszli po radę to trenera Hitchcocka, pytając, jakby tu jeszcze zwiększyć napięcie i oglądalność - ten zaś poradził im wygrać trzeciego seta, przegrać czwartego i wygrać w tie - breaku. Tak też zrobili, doprowadzając nas najpierw do euforii, potem do zapaści, a w końcu znowu do ekstazy. Dzięki chłopaki!

A co najważniejsze: jesteśmy w II rundzie!!!!

PS. Przyjrzyjcie się uważnie zdjęciu głównemu: czyżby kroił się jakiś bromance, czy to tylko takie ujęcie?

Więcej o: