Fernando Torres jednak nie dostał mandatu!

Dalszy ciąg mrożącej krew w żyłach historii z sezonu ogórkowego.    

Zamieszczając o informacje o nowym samochodzie i nowym mandacie Fernando Torresa, nie spodziewałyśmy sie aż takiego odzewu ze wszech stron. Cała sprawa była wprawdzie mocno śmierdząca, bo to przecież Nando, niewinna buźka, aniołek nasz ciachowy, z różowego puszku najpewniej ulepiony. Opublikowane kilka dni temu zdjęcia gliniarza (zapewne skorumpowanego, pomyślałysmy), kręcącego się w okolicy naszego hiszpańskiego skarbu (zapewne pytającego o drogę, pomyślałyśmy), musiała miec jakieś drugie dno (jak piękny, mleczny tors pilkarza pod jego seksownie opinającą się koszulką, pomyślałyśmy).

Tysiące listów od Czytelniczek, które dziś nad ranem czekały na nas w skrzynce, potwierdzają tę hipotezę. Otóz jedna z największych, jak do tej pory, zagadek XXI wielku została wyjaśniona - Fernando nie złamał przepisów. To on zwrócił się do stojących przy drodze policjantów, obawiając się ''ogona'' w postaci śledzących go paparazzi. To on był ofiarą tego przestępstwa. To on może więc nadal szczycic się mianem Mężczyzny Bez Skazy: kochającego ojca, wiernego małżonka, przestrzegającego przepisów kodeksu drogowego kierowcy.

I tak, letnia atmosfera i wakacyjne drinki mocno daje nam się we znaki.

Więcej o: