Ciacha na spalonym: reprezentacja Hiszpanii

No sorry, nie pomoże tu żaden Torresowy tors. Hiszpańska kadra w RPA wczoraj mocno zawiodła.    

Bo po mistrzach Europy spodziewałyśmy się o wiele, wiele więcej.

Bo może i grali ładne, ale, do jasnej anielki, w końcu liczy się skuteczność. A ta była porażająco niska, żeby nie powiedzieć, zgodnie z prawdą zresztą: zerowa.

Bo Fernando miał wczoraj kilka takich brzydkich kiksów, że nie poznawałyśmy chłopaka. Również fizycznie - nowa fryzura, przypakował, sześciopaka się dorobił, ale za to umiejętności jakby mu spadły...

Bo szwajcarska obrona szwajcarską obroną (i przykro nam, ale z definicji nie lubimy ''drużyn stawiających na defensywę''), ale przecież nie z takimi już radzili sobie Hiszpanie w ostatnich latach.

Bo kilka razy pozwolili Helwetom na takie akcje, jakie na Euro 2008 z Pique i Puyolem w obronie nie miałyby szans się zdarzyć.

Bo Casillas dawał ciała raz po raz (a przynajmniej kilka razy). Może to wina Sary Carbonero za bramką?

Bo Webb przedłużał, jak mógł, a oni i tak nic nie wskórali.

Bo Fabregas nie wybiegł na boisko.

Bo Polaków upokorzyli bez mrugnięcia okiem, a jak już twardsza drużyna, to nic, kurde, nic nie są w stanie zrobić (analogiczna sytuacja: mecz Polska - San Marino).

Bo oddałyśmy im serca, poparcie, masę czasu i miejsca na ciachowych łamach, a oni wzięli i przegrali.

Zaprawdę, straszne to chwile, kiedy klata Torresa prawie w ogóle bólu nie uśmierza (prawie).

Więcej o: